Kartki z kalendarza

Autor: Kornel Makuszyński

kończyliśmy je gromkim okrzykiem: „A cóż na to policja, czy śpi?” — kiedy Icek Mówdomniejeszcze sprzedał śmietanę z utopionym w niej szczurem. Kiedy ktoś złamał sobie gnat albo wybił dwa zęby obywatelskie na śliskiej ulicy, gazeta podnosiła ryk lwi i wzywała do opamiętania prezydenta miasta, dyrektora policji, marszałka galicyjskiego sejmu i wszystkie władze. Artykuły na ten temat zalewano gorzkim oświadczeniem: „Bez komentarzy!” — Zawsze się pisało: „Bez komentarzy” — bo była w tym ironia, krwawa, jak świeża polędwica, i wężowe jady, i żółć, i arszenik, i gorycz, i nieznany jeszcze wówczas gaz łzawiący. Władze drżały, a cesarski namiestnik jęczał i bil głową o ścianę, takiego dostał łupnia. A dziś?
Zdarzały się nam czasem gratki wyborne i na chmurnym niebie szarości codziennego żywota, lepkiego jak klej na muchy, ukazywał się złoty promień słońca: włamanie... O radości! Życie stało się nagłe piękne, wreszcie było o czym pisać. Gdyby nie obawa o zegarek, reporter byłby uściskał miłego złodziejaszka. Dziennikarz cieszył się, cieszył się prokurator, wszyscy się cieszyli. A


Strony: