Kartki z kalendarza

Autor: Kornel Makuszyński

głowy mi nigdy takie nie przyszło łajdactwo, gdyż byłbym do dziś zsumowany w księgach miejskich jako olimpijczyk.
Życie małego miasta było pełne powagi, unikające gwałtownych i niespodziewanych wzruszeń, szkodliwych, jak wiadomo, dla zdrowia. Raz zdarzyło się, że jakiś arcyksiążę austriacki przejeżdżał przez nasze miasto do Lwowa i pokazał się w oknie wagonu, co narobiło niezwykłego zamieszania i wzburzyło toń spokojną. Dobrze, że sobie zaraz pojechał dalej, bo życie zostało „sparaliżowane” i nie można się było dostać na dworzec. A to było nieznośne.
Wszystkie tęsknoty biedniutkich miast zawsze i wszędzie wylęgają na dworzec kolejowy, aby chociaż ujrzeć pociąg, co skądciś z daleka przybył i w „nieznane” odejdzie. Nieszczęsne skorupiaki spoglądały z podziwem i rzewnym żalem na wędrowców lub na owych śmiałków, co się rwali do Babilonu — do Lwowa, gdzie na każdym kroku czyhało na uczciwego człowieka niebezpieczeństwo lub śmierć pod konnym tramwajem — oszałamiającym wynalazkiem. Nam wystarczyło pójście na dworzec. „Wyższych dziesięć tysięcy”, cała elita w ilości stu osób,


Strony: