Kartki z kalendarza

Autor: Kornel Makuszyński

spojrzenia przez małe okienko z miki, tego serdecznego jęku, z jakim zagasnął. Mam wrażenie, żeśmy sprzedali szczebiocące dziecko. Biedny piec... Ugolino pożarł dzieci, aby im zachować ojca. Ucałowałbym go dzisiaj, gdybym wiedział, gdzie się podziewa. (Nie Ugolina, lecz piec). — Twórca baletu Świtezianka znał go dobrze, bo go kupował i targował przez trzy godziny.
Trudno. Twarda konieczność. Uczyła nas ona w najbogatszym mieście najrozmaitszych sztuk, przemyślnych i roztropnych. Był wśród nas zacny malarz, morowe chłopisko, któremu zdarzyła się niebywała gratka, dnia jednego bowiem wieść poszła po Montparnassie, że malarz otrzymał od krewnych w kraju wspaniały dar: sukno na ubranie. Malarz chodził dumny, z pyskiem wypiętym pod słońce, i poszedł na bulwary, aby rozpychać się łokciami. Niech burżuje wiedzą, że on będzie miał nowe ubranie.
Doskonale! Sukno spadło z nieba, tylko krawiec nie mógł stamtąd spaść. Krawcy, chytry naród, ubrdali sobie, że trzeba im płacić za uszycie ubrania. Malarz był lekkomyślny, ale nie do tego stopnia, aby uwierzyć, że znajdzie choćby dziesięć franków. Cóż tedy


Strony: