Kartki z kalendarza

Autor: Kornel Makuszyński

świecie, zdumiałby się na widok tych głodów, które szarpały tego człowieka w początkach jego pobytu. A jednak nie wyjechał.
Teraz to już wszystko fraszka. Nikt tak lekkomyślnie nie jeździ i nikt nie jest taki romantycznie niemądry, aby głodować dla chimery. Kiedyś za naszych czasów było więcej przeraźliwie ambitnych obłąkańców, bladych, rozczochranych straceńców, nieutrudzonych wędrowców, śmiesznych i zadzierżystych, którym się zdawało, że sztuka mieszka tylko w Paryżu, a nie w każdym, najbardziej zapomnianym zakątku świata. Takie było hasło i taki „zew”. Trzeba było słuchać i rwać z kopyta do tego boskiego Paryża, aby się potem nosić bardzo górnie.
Jednych ten Paryż napełniał światłem i rozszerzał im oczy, a drugich tłamsił, paczył, wykrzywiał i czynił z nich dziwolągi; jechał mądry chłopczyna, a wracał geniusz, tylko cokolwiek kretyn. Siedział, mandryl jeden, przez dwa lata w Paryżu, grał w bilard i raz jeden był w Luwrze, bo deszcz padał i trzeba było gdzieś się przed nim schronić. Takich było tysiące. Francuz, słaby geograf, zwał takich Polaków: „Rosjanami, co nie mają


Strony: