Kartki z kalendarza

Autor: Kornel Makuszyński

na nie spojrzeć, kiedy już niczego innego nie będzie na świecie, jeno robot, radio i maszyna. Uśmiech też umrze niedługo. Uśmiechajmy się, bo — Beaumarchais’ego odmieniwszy — „nie wiadomo czy uśmiech potrwa jeszcze trzy tygodnie”...
Uczyńmy wyprawę do Paryża.
W czasach cielęcej mojej młodości nie można było wyzwolić się z terminu na czeladnika w cechu malarskim czy pisarskim, jeśli się nie odbyło wędrówki do stolicy światła i świata. Młodzieniec z artystycznej branży, który nie był w Paryżu, był marnym Turkiem, który nie zwiedził Mekki i nie pił wody ze studni Cem–Cem. Brak mu było tego świetlanego pocałunku, który na czole adepta składał Paryż. Zdawało się, że taki będzie zawsze miał bielmo na oczach. Dlatego najczarniejszą troską skrzydlatego młodziana była ta największa i najcięższa wędrówka nad Sekwanę i dlatego nawet nędza, dziurawa i odarta, ulegając temu złotemu przesądowi, zabierała tobołek, do tobołka nadzieje i zielone entuzjazmy i szła głodować— do miasta największego bogactwa i najprzeraźliwszej nędzy. O tym bogactwie wiedziało się z romansów, o nędzy zaś z


Strony: