Kartki z kalendarza

Autor: Kornel Makuszyński

ziemi, a gdy wiatr rozwiał pelerynę, zdawało się, że się skrzydła za nim wloką. Ha! „Na wolę wiatrów puścił strusiej grzywy pióra...” — Nikczemny plebs, w watowanych płaszczach i fałszywych futrach z prawdziwych kotów, z szacunkiem ustępował z drogi potężnej pelerynie. Piszą w czytankach dla dzieci, że pewien profesor krakowskiej akademii, z kmiotków wadowickich ród wiodący, zwykł mówić, gdy mu cześć oddawano:
„Dziękuję ci, aksamicie, kłaniają się Wadowicie!”
Tak też chylono głowy przed peleryną, w której tkwiło jakieś ciało. Szanowne musiało być to ciało, skoro miało „przywilej peleryny”.
Któż się nią bowiem odziewał? Jan Kasprowicz włóczył ją za sobą jak burzę, Jerzy Żuławski swoją mógł wyniosłą nakryć górę i Przybyszewski, co z przybocznym diabłem pod rękę chodził, i J.A.Kisielewski, zanim w paryskiego zmienion dandysa, skoczną swoją figurkę peleryną okrywał — wszyscy, wszyscy...
Gdyby zamiast „but prawy powiesić w Sybilli” — zebrano w niej garderobę Młodej Polski, wisiałyby tam same cudaczne peleryny. A gdy znakomici mężowie z Warszawy odkryli


Strony: