Kartki z kalendarza

Autor: Kornel Makuszyński

czarodziejski namiot poezji i innej sztuki. Zielony frak francuskiej Akademii w równej był cenie u starych dostojników, co peleryna u młodych burzliwców. Bez niej nie warto było żyć na tym skisłym świecie. Bez niej geniusz wyglądał kuso, nędznie i zgoła nikczemnie.
Przed trzydziestu kilku laty wydawało się nam, że niebo jest peleryną, co zwisa nad ziemią, a przez dziury w tym obleczeniu przeglądają nocą gwiazdy. Kraków był głównym siedliskiem peleryniarzy, jako miasto przez malarzów zapowietrzone; co drugi jego mieszkaniec miał „wzrok dziki, gębę plugawa”, zazwyczaj brodatą, a jeśli nie brodatą, to jako tako w okresie Wielkiej Nocy oskrobaną, a na ramionach pelerynę. Malarzów bowiem i wieszczów naśladowała tłumnie wszelka hołota, kibice od sztuki, wolontariusze i dyletanty. I w innych miastach wszystek „wielki świat” artystowy nosił peleryny ze szczytną dumą i niewysłowionym wdziękiem, z jakim pan kat nosi swoją opończę.
Posępny pojetes z namarszczonym czołem tak w niej wyglądał, jak gdyby był odzian w burzliwą chmurę, zwełnioną jak broda Jowisza w dzień powszedni. Raczył stąpać po struchlałej


Strony: