Kartki z kalendarza

Autor: Kornel Makuszyński

cztery — lepsze i gorsze. Ponieważ nie przyszło im na myśl, aby się związać w Towarzystwo Krzewienia Kultury Teatralnej, toczyły one szlachetne boje o to, kto z nich prym artystyczny trzyma. Repertuar mieli jednaki, ale wykonanie — ho, ho! — dużo by o tym gadać. Jeden zespół miał wybornego Żyda, drugi nieporównanego Heroda, który tak zgrzytał zębami, że iskry leciały mu z gęby jak z komina lokomotywy.
Słuchajcie, drodzy moi, bo to było dziwne: najpierw wchodził anioł z dzwonkiem i wygłaszał prologus. Przynosił niesłychana wiadomość, że jest Boże Narodzenie. Mówiąc łypał okiem ku stołowi, bacząc pilnie, czy cokolwiek na nim pozostało. Dziwny anioł, ale anioł, bo miał perukę jasnowłosą. O ludzkim jego pochodzeniu świadczył sztywny kołnierzyk, brudny jak ludzkie sprawy. Odziany był w długą, prawie że białą koszulę. Jedną ręka pięknie przemawiał, a drugą podtrzymywał skrzydła. Gębę miał przyjemną, tylko jak na anioła cokolwiek złodziejską. Wypowiedział, co należało, i cofał się w sień, skąd wyskakiwali ze straszliwym: rum! rum! — dwaj węgierscy huzarzy. — Jest to niezgłębioną tajemnicą,


Strony: