Kartki z kalendarza

Autor: Kornel Makuszyński

Podniecenie sarmackich, młodocianych małpoludów rodziła w pierwszym rzędzie powaga uroczystej chwili, w znaczniejszej jednak mierze obfita nadzieja na dwanaście smakowitych potraw.
Dwanaście ich było na niby. Tak się jedynie mówiło, dobrotliwe zaś, biedne szachrajstwo polegało na tym, że jako potrawy liczono i opłatek, i jabłko, i dwa mizerne orzechy, i siano na stole, i biały kołacz. Kurczyła się przedziwnie potężna cyfra i z dwunastu potraw, zapowiadanych przez proroki, dwie się jedynie ukazywały w pełnej chwale: barszcz na jednym grzybie i jakieś rybie zwłoki, odrobina karpia, co usnął na wieki z braku ochoty do życia.
Jadło się to długo, z przejęciem, z nabożną powagą i w uroczystym milczeniu aż do chwili, w której młodego Polaka trzeba było walić w kark stosując odwieczny i jedynie skuteczny zabieg medyczny, bardzo zalecany na udławienie się rybią ością.
Mróz trzeszczał za oknami, bo w małym miasteczku jest zawsze mróz. Wewnątrz biednych domków było jednakże gorąco, gdyż radość buchała wielkim żarem. Dawano sobie podarunki, pośród których najcenniejszym bywała para skarpetek, zrobionych na


Strony: