Dziewięć kochanek kawalera Dorna

Autor: Kornel Makuszyński

jednak dostrzec w jego wzroku smętną jakąś życzliwość. Dziwnie czułem się w jego towarzystwie, wciąż mając to wrażenie, że dość mu będzie wyciągnąć koszmarnie długie ręce w moją stronę, aby mnie udusić. Trzeba było jednak coś do niego zagadać, bo on nieśmiało milczał.
- Czy pan do mnie przyszedł?
- Tak, do pana.
Głos jego przypominał szczotkę z ryżowej słomy, twardą i szorstką.
- Kim pan jest?
- Jestem człowiekiem nieszczęśliwym.
- Dlaczego jest pan nieszczęśliwym?
- Niech pan spojrzy na mnie.
- Istotnie! - rzekłem mimo woli - przepraszam pana! - poprawiłem się natychmiast - niczego złego nie miałem na myśli.
- Niech pan nie przeprasza - rzekła szczotka z ryżowej słomy - na mój widok dzieci uciekają, a kobiety czynią znak krzyża, pewne, że ujrzały diabła. Są to niemądre kobiety, bo najbrzydszy diabeł jest piękniejszy ode mnie.
- To bardzo smutne... - bąknąłem, aby coś powiedzieć.
- Tak, to bardzo smutne!
Milczeliśmy przez chwilę nieprzyjemnym milczeniem; on nie miał odwagi, a ja ochoty do rozmowy. Żal mi było tej tragikomicznej imitacji człowieka, widok jednak był ponad miarę przykry.
- W jakim celu przyszedł pan do mnie?
- W bardzo dziwnym celu: aby mnie pan pocieszył.
- Ja?
- Tak.
- Może by lekarz...
- Lekarz mnie nie odmieni, stu chirurgów nie wyprostuje mi nóg ani nie skróci moich rąk, z których goryl byłby dumny.
- Niechże pan tak o sobie nie mówi!
- Mówię to, co pan za chwilę pomyśli.
Wcale inteligentnie to wykalkulował, więc się uśmiechnąłem. Musiało go to ośmielić, bo powiada:
- Kiedy ujrzałem siebie po raz


Strony: