Dziewięć kochanek kawalera Dorna

Autor: Kornel Makuszyński

się na mojej głowie podnoszą włosy. Chciałem krzyczeć o pomoc i nie mogłem. Po co zresztą krzyczeć? Ten straszny trefniś śmieje się już w piekle. Okropny szarlatan przypłacił swój głupi żart życiem.
Wytrzeźwiałem i trzeźwo zacząłem myśleć, że jestem winien śmierci człowieka i że ja za nią jestem odpowiedzialny. O! o! o! Widziano, że zostałem z nim sam, widziano nas pijących.
Historia zaczęła się stawać ponura.
Wobec tego tchórz wylazł z nory mojego serca. Uciekłem. Chyłkiem, przemyślnie, czujnie, aby nikt nie zauważył. Strach
biegł za mną, a ja biegłem przed strachem. Wpadłem do hotelu, zacząłem składać nerwowo rzeczy. Świt szarzał na szybach. Pociąg odchodzi za parę godzin. Rozpacz, rozpacz!
Osłabły, strachem nieustannym pobity, wiłem się i szalałem. Jeszcze dwie godziny, jeszcze jedna. Już jest jasny dzień, i już znaleźli tego tragicznego idiotę, pijaka, który omamił drugiego pijaka. Za chwilę będzie u mnie policja.
Ktoś puka do drzwi.
Serce we mnie drgnęło jak nagle spłoszony w bruździe zając. Chwyciłem ręką kurczowo krawędź krzesła.
- Policja! - jęknęła we mnie dusza.
Ktoś puka powtórnie, ponieważ zaś nie odpowiedziałem - wchodzi.
Na wszystkich diabłów wszystkich piekieł! Zatoczyłem się. Oczy moje wylazły z orbit. Na czoło moje wyszedł zimny pot.
On, on - we własnej osobie stał na progu i uśmiechał się drwiąco.
- Przepraszam - rzekł smutno - ale chciałem dotrzymać obietnicy.
- To pan?
- Cóż dziwnego? Mówiłem panu, że przyjdę. Trochę mi było smutno, że pan odszedł z kompanii i lekkomyślnie zostawił pół butelki płynu. Ale to ludzkie, staram się to


Strony: