Dziewięć kochanek kawalera Dorna

Autor: Kornel Makuszyński

/> - W tym lokalu, że tak powiem: w przedsionku świątyni sztuki. Ot, tam za tą kotarą są drzwi, które prowadzą do naszych apartamentów. Są one dość skromne, bo przerobione ze składu na rupiecie, z tego powodu panuje tam zapach muzealny, choć jedynym okazem starożytnej sztuki jest tam moja dostojna małżonka.
- Proszę jej złożyć moje uszanowanie!
- Dziękuję. Pańska uprzejmość jest tak wielka, że chce uczcić potwora.
- Ależ, panie! Jakże można...
- Można, panie - odrzekł on melancholijnie - Egipcjanie mieli świętego krokodyla, a ja mam moją żonę... Za chwile wracam!
Miły człowiek pokusztykał w stronę swoich „apartamentów”.
Na sali, oddychającej ciężko wyziewami fuzlu, dymu cygar i tym zapachem tłustej ścierki, którego z podobnego lokalu nigdy nie wypłoszy najsilniejszy nawet strumień świeżego powietrza, nie było już nikogo. Rzezimieszek w straszliwym fraku obliczał w kącie przy stoliku wpływy z targu. Kazałem mu podać większą ilość alkoholu, uregulowałem z góry rachunek i poprosiłem, aby poszedł sobie do diabła, a pan dyrektor sam zgasi światła i pozamyka wejścia.
Zostałem sam. Zdawało mi się wprawdzie, że wychudzony i zielonkawy duch mojego wuja wypłynął spoza falistego pieca, zbliżył się ku mnie, długim palcem policzył butelki, po czym westchnął tak głęboko, jak duch ojca Hamleta w teatrze na prowincji.
Ale mi się tylko zdawało.
Byłem sam, a duch musiał się urodzić w butelce koniaku. Patrzyłem w stronę, skąd miał wrócić pan dyrektor. Słychać tam było niejakie wrzaski mocno podniesione i miły głos mojego współbiesiadnika.
- Rum działa! - pomyślałem wesoło.
Nagle krzyknąłem.


Strony: