Dziewięć kochanek kawalera Dorna

Autor: Kornel Makuszyński

gorsie, widocznie przyczepionym do niewidzialnej koszuli, tkwiły dwa bezczelne szkiełka, zrobione na brylanty. Spodnie ułożone były w harmonijkę. Indywiduum miało jednak twarz niezwykłą. Był to starszy już pan, sędziwy, z bródką szczecinowatą, podobną do koźlej. Oczy miał bystre, czarne i mądre. Na twarzy bladej i niezwykle inteligentnej widniały głębokie bruzdy, jakby ślad po cierpieniu, co przez tę twarz o szlachetnym wyrazie przeszło jak ostry pług. Czoło wysokie, mądre, czoło człowieka myślącego i nieustannie trapionego czymś, co się w nim, w głębokim wnętrzu tłamsi i przewala. Była to twarz zabiedzona, bladością swoją przechodzącą w siność, niepokojąca, brzydka, a jednak w brzydocie swojej pociągająca. Miało się wrażenie, że to wielki pan, rasowy szlachcic, pobity jakimś nieszczęściem, przywdział frak, ohydny i zatłuszczony, i na dnie życia żeruje, aby żyć.
Jedno w tej twarzy dziwacznej było naprawdę śliczne - to uśmiech. Uśmiech smutny, cichy, jakiś rozrzewniony, miły i dobry, a równocześnie zbolały i ironiczny, uśmiech zimnej, dotkliwej pogardy nie schodził z pergaminu tej twarzy i wciąż się błąkał, wciąż się wił wkoło kącików ust.
Człowiek ten wyglądał jak stary arystokrata, co się zabłąkał do zbójeckiej spelunki.
Kiedy wszedłem, ocenił mnie jednym ruchem mądrych swoich oczu i szybko podszedł ku mnie. Wtedy zauważyłem, że chromał silnie.
Z ukłonami podprowadził mnie do stolika w pobliżu bufetu, spoza którego spływał ku mnie dziewiczy, lecz tłusty i gęsty jak zjełczałe masło, uśmiech.
Pan z kozią bródką widocznie mnie wyróżniał z niewielkiej gromadki gości tak rozbawionych, jak gdyby to był raut


Strony: