Dziewięć kochanek kawalera Dorna

Autor: Kornel Makuszyński

śmiejący się szatańsko na temat: cha! cha!
Z jednej strony sali, należycie śmierdzącej, był bufet. Na długim stole, obitym ceratą, tłusto się pocącą, tak że wszystkie wody wszystkich oceanów zmyć by jej do czysta nie mogły, stały jakieś szkła, jakieś wędliny i sery. Samobójca drgnąłby, zbliżywszy się do tej zastawy. Były tam rzeczy, radujące żołądek, były jednak i takie, które są radością oczu, a przez oczy radują ducha. W metalowych niewypowiedzianego koloru kieliszkach barwiły się kwiaty. Sztuczne kwiaty, podobne do zakurzonej, uwiędłej, straszliwej zaśniedziałej cnoty.
Po stronie przeciwnej ustawiono estradę, która przypominała nudny katafalk. Stało na niej pianino, w którym dusza dawno umarła, a targana co nocy za włosy swoich strun, wydawała spoza grobu chrapliwe, okropne, szczekające rzężenia. Pianino to bite po żebrach, torturowane z pasją przez ohydnego Torquemadę drżało jak czarna trumna, w której leżący nieboszczyk zwariował i wierci się z powodu wyrzutów sumienia, płakało, dostawało czkawki, jęczało basem głuchym i podziemnym, bulgotało spazmem, charkotało kaszlem uporczywego suchotnika, nagle zawyło, po czym odezwało się drewnianym głosem puszczyka, aż po chwili zaczęło kwilić cieniutkim, piskliwym, dreszcz budzącym głosikiem podrzutka, ciśniętego pod cudze drzwi na śniegu i mrozie; wszystkie zaś te głosy wstawały i umierały w rytmie, więc kiedy zamknąłeś oczy, miałeś widzenie, że oto straszliwy szkielet wstał, tańczy i pląsa radośnie, piszczelami sucho chrzęści i pomrukuje sobie, raz wysoko, raz nisko, a czasem nie może dobyć głosu z przepalonej śmiercią gardzieli, gdyż co drugi klawisz nie odpowiadał. W takim instrumencie musi


Strony: