Dziewięć kochanek kawalera Dorna

Autor: Kornel Makuszyński

lokomotywy. Pociąg się szarpnął, jakby przerażony, zgrzytnął całym cielskiem, jakby zaskowyczał ze strachu i drgnął tak, jakby się w trwodze chciał cofnąć. Mgnienie nagłej rozpaczy szarpnęło pociągiem. Rzucony gwałtownym ruchem, miałem tylko tyle czasu, jedną sekundę, by jej nie wypuścić z rąk, ale ona zerwała się w przerażeniu. Trwało to jedno mgnienie oka. Poczułem szarpnięcie mojej ręki i usłyszałem krzyk okropnie bolesny, że mam do dziś głos ten w uszach. To ona krzyknęła. Pociąg stał spokojnie. Przede mną stała kobieta ohydna: z nagą, strasznie nagą czaszką. Włosy jej, złote i miedziane, trzymałem w ręku uwikłane w palcach moich jak w szponach.
- Boże jedyny!
- Przede mną stała śmierć! Straszna, okropna śmierć!
Nagle krzyknęła: „Oddaj pan to” i wyrwała mi z rąk złoty stos włosów. Plunęła mi w twarz.
- To nie była śmierć... Śmierć nie pluje.
- Masz rację. Śmierć nie może być tak okropnie straszna, jak łysa kobieta.
- I co, co dalej?
- Nie wiem... Przysięgam ci, że nie wiem. Pewnie uciekła, a rzeczy jej zabrano później. Nie wiem, bo byłem umarły i dlatego myślałem, że to jednak była śmierć.
- Biedaku!
- Nie żałuj mnie. Tak widocznie być musiało. Ja jestem przeklęty. Ten pociąg z pewnością prowadził diabeł i udał fałszywą katastrofę, aby mnie pognębić. Aha! zapomniałem ci powiedzieć, że jej włosy nie tylko zaplątały się w pierścionek, ale na dobitek oplatały guzik mego surduta.
- Mój Boże! - westchnąłem - szczęście człowieka zależy czasem od guzika.
- Uwaga twoja jest głęboka - rzekł Dorn. - Tak też i ja myślałem, kiedy zrozpaczony i pobity przez los,


Strony: