Dziewięć kochanek kawalera Dorna

Autor: Kornel Makuszyński

absolutnie wszystko jedno! Ach, nie! przepraszam... Niech pani źle mnie nie rozumie. Ależ naturalnie...
Odwiedzę państwa, byłbym to zresztą zrobił bez zaproszenia.
- Jest pan bardzo miły!
- Jezus, Maria! - pomyślał Dorn - każda zaczyna od tego, że jestem miły.
Od tej chwili patrzył Dorn ponuro w jej i swoją przyszłość.
Zapytał, kiedy może złożyć wizytę.
- Kiedy się panu podoba.
- Czy jutro po szóstej - można?
- Po szóstej? Ach, tylko nie o tej porze - mówiła z nagłą szybkością. - Wszystko jedno kiedy, byle nie między szóstą a siódmą. Niech się pan nie dziwi, ale w tym czasie mam lekcję śpiewu.
Dorn, pożegnawszy smutną panienkę, wiedział pewnie o dwóch sprawach, o tym, że, jeśli się w niej nie zakochał dziś, to z pewnością zakocha się jutro, i o tym, że będzie nieszczęście. Jakie? Jest mu to zupełnie obojętne, już mu tam niebo coś miłego wymyśli. Zakochać się było łatwo; panna, choć bogata, miała w oczach całe morze cichego smutku; smutek ten był czarujący. Trzeciego dnia Dorn wiedział, że kocha. Panienka patrzyła na niego z rozrzewnieniem i ze smutkiem piękniejszym jeszcze. Bywał niemal codziennie u tych dobrych pan, w rozmaitych porach. Nigdy jednak między godziną szóstą i siódmą. Dlaczego? Dorn się zastanowił. Coś go zaniepokoiło. Powiedziała, że uczy się śpiewu. Kto uczy się śpiewu codziennie i tak ściśle, wedle zegarka? Nazajutrz stanął w ukryciu na ulicy i patrzył, czy kto wchodzi około szóstej. Nikt nie wszedł, ani około siódmej nikt nie wyszedł.
- Moje nieszczęście zdarzy się między szóstą i siódmą - pomyślał Dorn.
Nagle uderzył się w głowę.
- Przecież w tym


Strony: