Dziewięć kochanek kawalera Dorna

Autor: Kornel Makuszyński

szczęścia na tej ziemi...
I wyjechał chyłkiem.
Wydało mu się jasne, że los wprowadził w jego życie pewną rozmaitość. Był mu za to wdzięczny. Myślał o swoim nowym nieszczęściu łagodnie, z dobrym smutkiem człowieka, który wie o tym, że nic innego stać się nie może nad to, co się dzieje.
Los jego stanął przed nim arogancko i uśmiechnął się zwycięsko, nielitościwie.
- Nie szkodzi - rzekł Dorn przed siebie, w powietrze - rób pan swoje!
Po czym pojechał do większego jeszcze miasta, niż wszystkie, które znał dotąd.
- Tu się prędzej wyczerpie repertuar! - myślał - ktoś się wreszcie zmęczy.
Spotkawszy pierwszą kobietę, był pewny, że będzie ona powodem jakiegoś bardzo dziwnego nieszczęścia. Kobieta ta spojrzała na niego z uśmiechem, na czym wyszła doskonale i na czym zrobiła pierwszorzędny interes: poślizgnęła się na posadzce i złamała obojczyk. Gdyby była przez dziesięć minut rozmawiała z Dornem, byłaby złamała obie nogi w biodrze i rękę prawą w przegubie, nie mówiąc już o takich drobnostkach, jak wstrząs mózgu.
W salonie powstał nieopisany popłoch i rwetes, jest to bowiem wypadek w towarzyskim życiu dość rzadki, aby sobie ktoś łamał obojczyk. Dorn, stary, doświadczony katastrofista patrzył z doskonałą obojętnością, jak wszyscy poszaleli, chcąc pomóc biednej damie; najwytworniejszej bowiem damie dość dużą przykrość sprawia złamane serce, cóż dopiero część ciała tak bolesna i nierównie większego dla kobiety znaczenia jak obojczyk.
- Panie Dorn! - rzekła do niego w tej chwili miła jedna matrona, przyjaciółka jego matki, stąd w przyjacielskich z nim będąca stosunkach - niech pan odprowadzi moją


Strony: