Dziewięć kochanek kawalera Dorna

Autor: Kornel Makuszyński

starego smoka z latającą nerką, musiała najpierw swój smutek zwierzyć księżycowi.
Księżyc dlatego ma minę starego wariata, że od wieków słucha panieńskich zwierzeń.
- Lizetto! - szepnął Dorn.
Nie usłyszała go, on zaś ani nie śmiał krzyknąć, ani zbliżyć się, gdyż okna mamy były otwarte, więc tylko patrzył w nią jak w obraz.
Dziewczyna była w koszuli; księżyc ją rozchełstał i gładziło to stare, złote bydlę jej piersi. Dorn nie mógł oderwać wzroku. Nagle się zaniepokoił. Co to jest, na Boga? Dziewczyna stanęła na parapecie okna i wciąż w księżyc wpatrzona, spuściła bose nogi na gzyms, biegnący wzdłuż domu, stanęła na nim pewnie i równie pewnie iść poczęła w stronę pokoju Dorna.
- Moje okno zamknięte! - jęknął Dorn - a ona idzie do mnie!
Równocześnie zalała go gorąca fala szczęścia. Miłość tej prostej dziewczyny doszła do bohaterstwa. Grozi jej śmierć, a ona idzie do niego...
Nie, nie do niego! Mija okno i idzie dalej... Coraz dalej... Po występie muru włazi na dach i idzie po stromym dachu, ostrożnie jak kot, a równocześnie śmiało. Księżyc wędruje za nią, jak apasz za kochanką.
Lunatyczka...
Dorn, mdlejąc, ujrzał tylko, że w pokoju matki mignęło światło i w domu powstał ruch. Dwóch parobków wybiegło zza węgła z długą drabiną i biegło w wielkiej ciszy.
Dorn zaś leżał na grzędzie tak długo, aż go poranny chłód trącił niecierpliwie i zaczął nim tarmosić, jak policjant tarmosi śpiącego w miejskim ogrodzie włóczęgę.
Powstał leniwie trochę blady, trochę siny, ale spokojny śmiertelnym spokojem.
- Zaczęła się inna seria! - rzekł głucho - nie ma dla mnie


Strony: