Dziewięć kochanek kawalera Dorna

Autor: Kornel Makuszyński

złodzieje i adwokaci potrafiliby oszukać diabla, istotę zresztą naiwną i niesłusznie spotwarzoną. Tak kłamać, jak kochankowie, złodzieje i adwokaci, nie potrafi najstarszy diabeł.
Dorn i piękna dziewczyna mieli gotowy spisek i swoje pismo; koszula damska, susząca się na winnej pergoli. mówiła: „kiedy wszyscy pójdą spać, będę w ogrodzie” - ręcznik wołał: „uważaj, matka zła, nic się nie da zrobić!” Rzeczy martwe bowiem mają swoją wymowę tajemną i piękną.
Zakochany Dorn zachowywał się jak rozmarzony student. Nie byłby skrzywdził dziewczyny za nic na świecie; kochał ją czule i pięknie. Tym boleśniej wypatrywał znaków w ogrodzie. Nie było żadnych, choć deszcz nie padał i można było suszyć bieliznę; na porę deszczową zresztą były też przewidziane znaki również pomysłowe. Przychodziła do niego gruba mama i wzdychała grubo.
Dziewczyna wpadła, jak kamień w wodę.
Noce były cudowne i pełne złotej łaski księżyca; Dorn rozpaczał. Nie ma bowiem bardziej smakowitego pocałunku jak ten, który pachnie nocą księżycową; ludzie całują się wtedy jak duchy i są dobrzy. Na to zresztą stworzył Pan Bóg księżyc. bo nie ma innej racji jego istnienia. Przecie nie po to go stworzono, aby psy miały przyjemność i by mogły wyć w określonym kierunku.
O tym rozmyślał Dorn, kiedy się w czasie pełni wykradał po skrzypiących schodach do ogrodu i patrzył w jej okno. Dokoła było cicho i złociście. Nagle coś skrzypnęło. Co to? Tak! To jej okno, to narożne... Tak! tak! Dorn zmartwiał ze szczęścia i przytulił się do słupa pergoli, dając po chwili znaki w stronę okna.
Dziewczyna stanęła w oknie, ale go nie ujrzała. Widocznie więziona przez


Strony: