Dziewięć kochanek kawalera Dorna

Autor: Kornel Makuszyński

nosem, jaki mu Pan Bóg dal, w kształcie małego kartofla, korniszona, haka, dzioba kaczki, szydła - wszystko jedno. Pod tym względem był Dorn spokojny, mało miał zresztą nadziei, by w małej mieścinie znalazł przedmiot płci żeńskiej, godny swojego smaku. Zbyt wiele go nie okazywał nigdy, bo go w nim przytępiła namiętna potrzeba kochania, miał jednakże wymagania ściśle określone...
Zamieszkał w dwupiętrowym hoteliku, który był najwspanialszym w miasteczku budynkiem; czytał książki o miłości, palił bezustannie papierosy i pił dużo wina, wiódł więc żywot, wprawdzie ascetyczny, lecz szczególnie ze względu na obfitość wina godny pozazdroszczenia. Rzadko wychodził z pokoju i godzinami wpatrywał się w ogród karlich i poskręcanych jak paralityk, albo jak życie drzew oliwnych i w winne szczepy, najcudowniejszy wynalazek Pana Boga, który je sadził pełen złotej radości.
Przynoszono mu jedzenie do pokoju; uważany był za znakomitego gościa, za księcia z obcego kraju, gdyż pijał mocno i był smutny. Właścicielka hotelu, baba rozmiarów potężnych, z gębą świecącą się jak samowar, tak okrągła, że z każdej strony była w odmiennym stanie, szanowała gościa i wzdychała nad jego smutkiem. Kobiety tłuste mają przedziwnie dobre serca.
Dorn rzadko z nią rozmawiał, jeszcze rzadziej na nią patrzył. Przywykł do jej huczącego głosu i do takich westchnień, jakie wydaje góra, kiedy jest w połogu i ma urodzić mysz. Toteż odwrócił się szybko, jak żgnięty szydłem, kiedy za nim odezwał się śliczny glos:
- Proszę pana, przyniosłam śniadanie!
- Boże, miej litość nade mną! - jęknął bez głosu Dorn.
Z tacą w obu rękach stała dziewczyna jak topola,


Strony: