Dziewięć kochanek kawalera Dorna

Autor: Kornel Makuszyński

od tułowia; oślepnie, oniemieje albo wyłysieje. Czuł, że nosił w sobie okropną jakąś silę deformowania kobiet. Jego nieszczęście jest wielkie, ale nieszczęście tych istot niewinnych jest chyba większe. Dlatego postanowił unikać kobiet, obchodzić je z daleka, każąc swojemu sercu cierpieć niewypowiedzianie.
Idąc ulicą, nie patrzył na nie. Czasem tylko rzucił z ukosa spojrzenie ironiczne na ładną dziewczynę i myślał.
- O, nieszczęsna! Masz zdrowe nogi, bo biegniesz, lecz gdybym zechciał, gdybym ci zaofiarował moją miłość, wpadłabyś w tej chwili pod tramwaj i nie miałabyś nóg!
Sam się wstrząsnął na tę myśl i aż oczy przymknął, otworzył je jednak z nagłym przerażeniem, gdyż w tej chwili zagadał głos kobiecy:
- Przepraszam pana, którędy się idzie na plac Zgody?
W pierwszej chwili chciał uciec, lecz nogi wrosły mu w ziemię. Zbladł tylko i nie mógł od razu wymówić słowa. Młoda panienka, bardzo prowincjonalnie ubrana, ładna i miła, spojrzała na niego ze zdumieniem.
- Biedactwo! - pomyślał Dorn - jesteś zgubiona.
Ponieważ nie odpowiedział, tylko patrzył na nią boleśnie, panienka zarumieniła się mocno i chciała odejść.
- Dorn! Czyś zwariował? - krzyknęło w nim serce.
Z kolei on się zawstydził i zaczął mówić szybko:
- Bardzo panią przepraszam... Ach, cóż za roztargnienie!
Zamyślony byłem i nie dosłyszałem pytania pani. Pani idzie na plac Zgody? To dość daleko; niech pani pozwoli, ja idę tam właśnie, jeśli wolno, to panią zaprowadzę.
- Pan jest zbyt uprzejmy i pewnie robię panu kłopot. Ale to takie straszne miasto. Bo ja jestem z prowincji, proszę pana. Mój ojciec jest lekarzem...


Strony: