Dziewięć kochanek kawalera Dorna

Autor: Kornel Makuszyński

zaczęli wychodzić na pokład, aby użyć wieczornego chłodu. Odeszła rozmarzona, a on został szczęśliwy. Uśmiechnął się do ponurego majtka, który spojrzał na niego jak na wariata, uśmiechał się do wszystkich.
Towarzysz jego od stołu zbliżył się do niego i poprosił o zapałki.
- Rozmawiał pan z miłą panienką! - rzekł, pykając cygaro.
- Z najmilszą! - zawołał Dorn i chciał uściskać grubego człowieka, albowiem był gruby.
- Dobrze pan zrobił - mówił gruby pan. - Pozwoli pan, że usiądę... Dziękuję... Dobra dziewczyna, a tak nie ma szczęścia w życiu.
Dorn nastawił uszu.
- Nie ma szczęścia? Ale je będzie miała.
- Przydałoby się. Bo czyż ona winna nieszczęściu?
- Nieszczęściu? Jakiemu nieszczęściu?
- A, to pan nie wie? Muszę panu powiedzieć, aby pan przypadkiem nie zrobił jakiej niezręcznej aluzji.
- Pan mnie zdumiewa!
- Ależ nic nadzwyczajnego. Ojciec, stary wariat, ujeżdżał równie zwariowane konie, a dziewczynę sadzał koło siebie. Raz konie poniosły i ma pan nieszczęście.
- Żadne nieszczęście!
- Dla pana. Ale dla niej skończyło się to strasznie. Niech się pan jej dobrze przyjrzy; biedna dziewczyna ma lewe oko ze szkła, a nos z parafiny...
- Ratunku! - wrzasnął Dorn, który pojął, co go niepokoiło w jej twarzy.
Ryknął jak szalony, wskoczył na sznurową drabinę i jak zwinna małpa pobiegł aż pod szczyt masztu.
- Na pomoc! - krzyknął gruby pan.
- Przekleństwo! - ryczał Dorn i ręką groził niebu, ziemi i morzu.
Wszyscy wybiegli na pokład, myśląc, że okręt tonie. Panna ze szklanym okiem zbladła biedactwo jak trup.
- Co się stało? Co się


Strony: