Dziewięć kochanek kawalera Dorna

Autor: Kornel Makuszyński

diabłu za jedną, jedyną kobietę, która jest prawdziwa na ciele i na duszy? Czy lepiej rzucić się w morze i utonąć. Wtedy go syreny położą na cyplu skał i użalą się nad nim. Syreny? Precz! precz! Pokaże się, że pierwsza, którą napotka w szafirowym morzu, będzie miała fałszywy, przyprawiony, z nieprzemakalnego materiału zrobiony rybi ogon.
- Ratunku! Ratunku! - wołał Dorn szeptem do kogoś niewidzialnego i wyciągnął przed siebie ręce w stronę, gdzie przed chwilą nikogo nie było.
Teraz w tym miejscu znajdowała się kobieta, która usłyszawszy głos pełen skargi, odwróciła się szybko i, ujrzawszy wyciągnięte ku sobie ręce bladego, smutnego młodzieńca i jego oczy, jakby dziecka, co przed chwilą przestało płakać, drgnęła, spojrzała na niego wymownie i, zawahawszy się, powzięła nagle jakieś postanowienie. Podeszła ku niemu szybko i zapytała łagodnie i bardzo tkliwie:
- Co panu jest? Czy pan chory?
Dorn nie powstał nawet; nagły ruch młodej osoby tak go strapił i takim napełnił rozrzewnieniem, że się jeszcze bardziej nad sobą użalił. Rozumiał, że współczucie i szlachetne serce kazało jej uczynić to, co uczyniła, więc tak jak chore dziecko, zapragnął nagle serdecznej opieki.
- Czy pan chory? - powtórzyła ta pani.
- Bardzo... Boli mnie serce.
- Może lekarza?
- Lekarza mi nie potrzeba. Moje serce umarło - rzekł Dorn.
- Co takiego?
- Moje serce umarło z braku miłości. Na co mi lekarz?
Młoda osoba pokryła się rumieńcem tak silnym, że musiał od twarzy sięgać dość daleko.
- Ach, tak... Boja myślałam... Przepraszam pana...
- Za co mnie pani przeprasza? - zawołał Dorn w nagłym napadzie energii,


Strony: