Dziewięć kochanek kawalera Dorna

Autor: Kornel Makuszyński

w ramię Dorna, druga jego miłość. Swojego uderzenia Dorn nie poczuł, lecz uderzenie, które ją dotknęło, ugodziło go w serce. Zawył z wściekłości i uczynił ruch, jakby się chciał tygrysim skokiem rzucić napastnikowi do gardła. Usłyszał jednak niski cudowny głos:
- Daj pokój, to moja sprawa!
I jeszcze słodycz tego głosu nie zdołała wsiąknąć w noc, a jego towarzyszka, wyrwawszy rękę spod jego ramienia, chwyciła jednego z włóczęgów lewą ręką za gardło, a drugą waliła po pysku, aż grzmiało.
Dorn wrósł w bruk, jak drzewo i nie mógł zamknąć nagle otwartych ust.
Drugi apasz przybiegł swojemu towarzyszowi na pomoc. Wtedy ona i oni dwaj sczepili się ze sobą jak zapaśnicy, tłukli się po głowach i walili po bokach tak, że chrzęściły żebra. Jej zdarli kapelusz, a krótkie włosy, potem zlepione, leciały na jej oczy. Suknia była w strzępach. Walczyła jak lwica. Rozwaliła małą piąstką nos jednemu ze zbójców tak, że go nagła krew zalała. Krew zresztą jest zawsze nagła. Drugiemu podstawiła nogę tak, że łbem ugodził w krawężnik i zaczął wyć, jak szakal.
Gdzieś w pobliżu odezwały się gwizdki, gromadka policjantów rozbrajała po chwili walczących. Za kwadrans całe towarzystwo znalazło się w komisariacie.
Dorn był blady i drżał.
Z apaszami zrobiono krótką sprawę. Potem pytają Dorna.
- Kto pan jest i skąd się pan znalazł w tym towarzystwie?
- Nazywam się Dorn, a ta pani jest moją narzeczoną.
Policjanty ryknęły śmiechem jak bawoły, komisarz policji tylko podrygiwał ze śmiechu.
- Czy pan jest bardzo pijany?
- Nie...
- Czy pan wie, kim jest ta pani? Bo my ją znamy dobrze!...
-


Strony: