Dusze z papieru

Autor: Kornel Makuszyński

sztuki niema uzasadnienia, nie łącząc się zupełnie z całością; przerwa między aktem pierwszym i drugim zmienia macochę ze sztuki do niepoznania, tak, że akt pierwszy może być sam dla siebie wielce charakterystyczną jednoaktówką, o zakończeniu doskonaleni. Na związanie go z całością brak motywów i nici; to, co jest w nim z fabuły sztuki, można dać w akcie drugim z pomocą niewielu scen i skutek ten sam będzie. Jeśli się w akcie pierwszym czego szuka, to chyba — zapałek, o których się tyle mówi w jednym akcie, ile nawet Suderman nie powie w czterech — o duszy.
Wrażenie kilku scen, ze znamienitym stworzonych talentem, konało natychmiast, przeciążone pracą dźwigania całej sterty szczególików, które mają służyć do ubarwienia tła. Podmalowywanie to odbywa się, niestety, niezręcznie; więcej w tem wszystkiem jest niepohamowanej trywialności, niż zajmujących szczegółów. Z tła tego wypełzły dwie figury rażące. Ksiądz wiejski, bez wyrazu, banalny, gadający od rzeczy; dobreby to było z kilogramem attyckiej soli, ale jest nieznośne i fałszywie wesołe, kiedy poczciwy księżyna, zapewne syn chłopski, powiada rzewnie:
— A może to ma być właśnie waszem zbawieniem, że pójdziecie na żebry...
Mogłoby to być wesołe, gdyby było ironiczne i gdyby nie było smutne, i gdyby przedtem ksiądz ten nie był pożyczył kobiecie, niewiadomo z jakiej racyi, pieniędzy, a teraz przyszedł na skargę do męża.
Drugą taką figurą jest chłop, co z Ameryki wrócił i nudnie opowiada o niej, wedle znanej recepty robienia wesołości przez przesadę.
Niedźwiedzią przysługę zrobiło sztuce samo zakończenie. W komorze powiesił się chłop; żona, w bardzo dobrej scenie, waha się co uczynić: czy wołać o ratunek, czy uciec, korzystając ze sposobności. A oto w tej chwili, w scenie bezwarunkowo najsilniejszej, ukazują się w otwartem oknie cztery chórzystki z gwiazdą


Strony: