Dusze z papieru

Autor: Kornel Makuszyński

sława zasadniczo czem innem być nie może i piołun mu przypomnieć musi, wedle przykazania... Naturalnie!... Więc się już z góry wie, że Orliczowi sława stanie kością w gardle; uwierzyliśmy mu na słowo, że jego kabotyństwo potrafiło chwycić sławę za skrzydła, uwierzymy mu tem łatwiej, że taką sławę, o jakiej on mówi, doprawdy, że chwycić nie trudno. Orlicz jest sławny, a w tem miejscu ma się w nim dusza zgięta wyprostować, aby wrócić do dawnego położenia z pierwszego aktu, kiedy nie był sławnym, tylko ubogo szczęśliwym, — co więc robi Orlicz? Zaczyna irytować się na sławę. Och!
Powiada gorzko poeta Orlicz:
»Zamiast sławy mam surogat jej najgorszy: rozgłos; zamiast wrogów: psiarnię, po piętach mnie kąsającą; zamiast samotności: osamotnienie na wyżynach, a w dole ciżbę; zamiast swobody tworzenia: wydawcę i dyrektorów teatru«.
Zygmunt Orlicz jest widocznie neurastenik i sam nie wie, czego chce; jeżeli nie jest sławnym, to widocznie nie miał tego talentu, o którym się w sztuce tyle mówi i widocznie poznano się na jego kabotynizmie; jeżeli nie ma wrogów, to widocznie dlatego, że nikt sobie nie zadaje trudu, aby go nienawidzieć, gdyż jest na nienawiść za mały; jeżeli się skarży na osamotnienie, to czemu uciekł sam od ludzi; jeżeli chce mieć swobodę tworzenia, to przecież najprościej jest — pisać dla siebie, zapewniwszy sobie utrzymanie z proponowanej mu kiedyś pracy. I skąd ta gorycz okropna w bombastycznym okrzyku? Stąd, że kilka głupiuchnych panienek nim się zachwyca i prosi o wierszyk?
Panienki należy odesłać do stu dyabłów i nie gadać na ten temat frazesami. Tak, ale Orlicz musi powiedzieć ten frazes, bo trzeba w sztuce, aby powrócił do dawnej narzeczonej, od której uciekł, więc udaje rozpacz na temat bankructwa porywu z pierwszego aktu, a widz udaje, że temu wszystkiemu wierzy, nie dlatego bynajmniej, żeby szanował Orlicza, bo


Strony: