Bezgrzeszne lata

Autor: Kornel Makuszyński

nazwisko i zadawał pytanie. Zapytany nie odpowiadał, tylko wlepiał wielkie oczy w profesora, na gębę zaś naprowadzał wyraz tak wielkiej żałości, jakby mu serce pękało.
— Czego tak patrzysz, nie widziałeś mnie nigdy?
— Widziałem, proszę pana profesora, tylko...
— Tylko co?
— Tylko że pan profesor tak dzisiaj mizernie wygląda, że się stropiłem...
A jego jakby kto na sto koni wsadził, taki był szczęśliwy.
— Co też powiadasz? Naprawdę tak źle?
A wtedy cała banda chórem:
— Strasznie źle!
— Wyglądam na chorego?
— Bardzo, bardzo! Niech pan profesor pójdzie się położyć.
— Nie mogę, moi drodzy, nie mogę. Wiem, że się ledwie trzymam na nogach, ale obowiązek...
— Pan profesor musiał coś zjeść niedobrego, teraz strasznie wszędzie trują!
— Tak myślicie?
I szedł nieznacznie ku oknu, aby się przejrzeć w lustrze szyby. Musiał zobaczyć twarz rumianą, ale on widział bladą, żółtą, z odcieniem lekko niebieskawym.
Dusze w nas wywracały koziołki z radości, a on, już osłabły, zadawał pytania ot tak sobie, słuchał odpowiedzi z roztargnieniem, i był bardzo, bardzo łagodny, bo nie wypada przecież człowiekowi stojącemu nad otwartym grobem znęcać się, i to nad kim? — nad tymi, co go pożałowali, co zauważyli jego trupią bladość, nabrzmiałą śledzionę, zbiedzoną wątrobę i rozstrojony żołądek. Oni jedni to zauważyli, bo nikt poza tym.
My, swoim wspaniałym i mądrym współczuciem, pracowaliśmy nie tylko dla siebie, ale i dla następnych pokoleń, to znaczy dla następnej klasy, gdzie ten umierający profesor miał się udać po pauzie. Dawaliśmy tam znać szczegółowo, jaką na dziś postawiliśmy diagnozę, aby nie było pomyłki: więc bladość, nagłe drżenie rąk, mętny wzrok i chwytania się odruchowe za brzuch. Cud to jest prawdziwy, że taki nieborak nie


Strony: