Bezgrzeszne lata

Autor: Kornel Makuszyński

rozmaite kamienie co dziwniejsze i wszelakie minerały. Jak poleca, to pewnie wie, co robi. Na następnej lekcji stoi staruszek przy katedrze z małym młotkiem w dłoni, a „klasa” jeden po drugim pokazuje mu w wielkim trudzie znalezione „minerały”. Właściwie to zamiast tym swoim młoteczkiem rozbijać każdy kamyczek i orzekać o jego wartości, powinien był na dobrą sprawę walić nim po łbie wszystkich nas z kolei. Przynieśliśmy mu wiele kilogramów kamieni, pozbieranych na najbliższej ulicy, wśród tego śmiecia były też okazy rzadkie i zupełnie nie znane w naturze, na przykład kamień niebieski. Rozbijał go młotkiem i mówił:
— Zwyczajny kamień zanurzony w niebieskim atramencie! Na nic!
Zęby się skrzywił, żeby wydarł z którejś czupryny choć dwa tysiące włosów — nic. I znowu orzeka:
— Zwyczajna farbka do farbowania bielizny. Na nic!
— Zwyczajna cegła, wymoczona, zdaje się, w spirytusie, bo pachnie...
Na takie też pomysły zdobywały się potworne nasze dusze. Nim jednak trzydziesty z kolei pokazał swoje dziwo, swój słynny minerał, jakiego świat nie widział i nie zobaczy, mijała godzina i to był nieczysty zysk całego przedsięwzięcia.
Nie ma bardziej genialnych łudzi w kradzeniu czasu niż uczniaki; jak wiadomo godzina szkolna jest co najmniej trzy razy tak długa, jak godzina zwyczajna, trzeba więc sposobów genialnych, aby ją skrócić o głowę i dwie nogi. Operacja taka udaje się najłatwiej na początku lekcji, bo pod jej koniec w atmosferze klasy panuje już zdenerwowanie, bo już była jakaś awantura i kogoś pognębiono. Trzeba tylko znać świetnie teren psychologiczny, a zawsze się uda. Nieodmiennie jakiś kwadransik umieliśmy gładko urwać jednemu zacnemu profesorowi, który był maniakiem, chorym z urojenia.
Zjawiał się czerstwy i zdrów i szybkim krokiem szedł do katedry, dobywał z kieszeni małą książeczkę, wynalazł jakieś


Strony: