Bezgrzeszne lata

Autor: Kornel Makuszyński

zgnuśnieć i by wisielczy humor miał jednak jaką taką reprezentację.
Zdarzył się nam raz profesor, taki poczciwina, że „z początku porwał nas śmiech pusty”. Zauważyliśmy w mig, że zacna dusza tego profesora należy do gaduły; straszliwie lubił słuchać plotek, historii najrozmaitszych, opowieści szkolnych. Ho! ho! jak on jest taki, to jest już nasz! — Gdy się zbliża godzina jego wykładu, w klasie robi się mały raut towarzyski; trwoga, stały mieszkaniec klasy, szła spać za piec na tę godzinę, aby zaraz po niej powrócić z jadowitszym jeszcze niż wprzódy uśmiechem i zasiąść z trzaskiem za katedrą. Zjawiał się profesor poczciwiec; wielki hałas radości i śmiechu srebrnego witał go już od drzwi. On się marszczył groźnie i naburmuszony z hałasem otwierał katalog.
Patrzyliśmy z wesołym politowaniem na te jowiszowe miny, bo do czego to właściwie podobne? — po co te wykrzywiania się i groźne zmarszczki, kiedy i tak nic z tego nie będzie? — Pytam — po co?
Robiła się więc cisza jak makiem siał, niby żeby mu pokazać, jak on nas okropnie swoimi minami poraził i serce nasze śmiertelnym lękiem napoił. O! Przeto on, nieco zdumiony takim wspaniałym efektem, rozpogadzał twarz i uśmiechał się. My też. On jaśniej, my jeszcze jaśniej. Wszystko w porządku. Wobec tego zaczynała się towarzyska rozmowa.
— A gdzie Jędruś? — pyta on.
— Nie ma go dzisiaj! Siostra jego za mąż wychodzi.
— Nie może być? A za kogo?
— Za jednego, co ma dom!
— Ładny dom?
— Śliczny! Strasznie bogaty człowiek.
— A ona ładna?
— Pi, jedni mówią, że tak, drudzy, że nie. Pani profesorowa to ją pewnie zna?
I tak bez końca. Kiedy się zaś nadobna rozmowa zaczynała wyczerpywać i gasnąć z powodu braku oleju, ktoś wykrzykiwał ni stąd, ni zowąd:
— Proszę pana profesora! Ja byłem wczoraj na


Strony: