Bezgrzeszne lata

Autor: Kornel Makuszyński

nim koloryzować, jak o Atylli, tylko trzeba gadać ściśle, używając terminów rzadkich, tak że z daleka z samego składu ust twojego przyjaciela w żaden sposób odczytać ich nie można.
Ponieważ w naturze musi być zachowaną równowaga, więc wybujałość jednego nieszczęsnego żywiołu miarkuje drugi żywioł łagodny. Jakoś tak zawsze się dzieje, że jeśli profesor greki jest upiorem, to profesor matematyki jest barankiem łagodnym, albo też na odwrót, albo w jakiejś innej kombinacji. Człowiek taki poczciwy szczęśliwy jest i nieszczęśliwy jednako: jeśli wielka miłość młodych pustaków, mimo psich figlów, chłopaków strasznie serdecznych, może być jakim takim szczęściem, natenczas bardzo jest szczęśliwy mąż taki. Nieszczęściem jednak jest miękkość serca, bo mu w nie wiążą żaki utrapione i tak umiejętnie na swój sposób je wyprawiają, jak rękawiczkę, że podziw zbiera.
Nikt nie ma oczu bystrzejszych, nikt się szybciej nie wwierci spojrzeniem przenikliwym w duszę ludzką, jak taki mały ryś, taki żak utrapiony, biada człowiekowi, który ma choćby najmniejszy pryszczyk śmieszności; ten drobny lud Banderlogu, te małpy do igraszki skłonne, wynajdą go w największym ukryciu i z jakąś serdeczną bezlitością będą się z niego naigrawały. Nowego profesora obserwuje się pilnie i bacznie, i żeby nie wiedzieć jak się maskował, po dniach kilku każdy zna go na wylot i zna go nieomylnie. Profesor grzmi, że tynk leci z powały, a klasa, uśmiechając się, powtarza sobie w duszy:
— Krzycz zdrów, jeśli ci to sprawia przyjemność. Morowy jesteś chłop i dobry!
Takiego to się nawet mniej oszukuje, bo go szkoda, bo jest biedaczysko bezradny jak dziecko wobec geniusza „klasy”. Ponieważ go się kocha, więc się „klasa” stara uczyć pilniej dla niego, aby on nie miał przykrości od swojej władzy. Figle i łajdactwa urządza się w miarę, tylko tyle, by nie


Strony: