Bezgrzeszne lata

Autor: Kornel Makuszyński

zdawało, że ktoś w nią z zewnątrz cisnął kamieniem, a wtedy przyjaciele, najbliżej okna siedzący, muszą się zerwać jak piorun i pobiec do okna, czyniąc małe zamieszanie. Profesor musi odwrócić głowę na chwilę potrzebną do otwarcia okna, aby ujrzeć, co się dzieje?
— Co się stało? — pyta on.
— To nic, proszę pana profesora — to widocznie wróbel...
— Dobrze, dobrze, zamykajcie okno!
— Już, proszę pana profesora!
Pewnie, że — już, bo więcej nie potrzeba.
Drugi sposób polega również na igraszce ze słuchem; w chwili niebezpiecznej ktoś najbliżej drzwi siedzący stuka tak palcem w ławkę, aby się to wydawało pukaniem do drzwi. Raz, potem drugi, potem trzeci raz, już niecierpliwie. Jeden z przyjaciół zrywa się i podbiega do drzwi; profesor patrzy w ich stronę, bo a nuż sam dyrektor puka?
— No i któż tam? — pyta profesor.
Wierny przyjaciel wychodzi na korytarz, przez chwilę go nie ma, a kiedy wraca, mówi zdumiony:
— Nikogo nie ma...
— Więc któż pukał?
— To widocznie ci z czwartej klasy, oni nam zawsze robią takie hece.
Wszyscy podnoszą cichy okrzyk zgrozy, że ktoś nam śmie przeszkadzać w gorączce pracy, którą uwielbiamy, tak że nie chcielibyśmy stracić ani chwili.
Profesora, starego wygi, który zna wszystkie, najbardziej genialne sztuczki, na te też nikt nie nabierze. Taki profesor jest przekleństwem rodu ludzkiego i zakałą nauki. Jak tak można nie mieć serca ani nerwów? Całe szczęście, że natura czyni wszystko, aby się tacy rodzili jak najrzadziej, mądra natura, która by chciała utrzymać młode pokolenie w stanie bałwanowatej prostoty. Z mojej praktyki znałem tylko dwóch takich potworów, a jednym z nich był mądry bardzo ksiądz, który nas nauczał rzeczy, najmniej potrzebnej na świecie: logiki! Straszny tu jest przedmiot, bo i do podpowiadania trudny, i nie można w


Strony: