Bezgrzeszne lata

Autor: Kornel Makuszyński

umarła. My mieliśmy swoje bóstwo, inne bałwochwalcy miały swoje; to jedna, to druga donna ukazywały się w pustej loży, aby wywoływać na swoją część harmider; ponieważ dość trudno jest walczyć wrzaskiem, bo wrzask, nie mogąc przeciwnikowi podbić oka albo wyrwać garści włosów z czupryny, był bronią mizerną, więc po daremnej walce na wytrzymałość płuc, ciskał się jeden zwierzak na drugiego, chcąc mu wybić z serca, sądząc zaś po kierunku uderzeń, z głowy przede wszystkim, „jego” primadonnę, aby tam uczynić miejsce dla swojej. Ponieważ przeciwnik miał ten sam zamiar, kończyło się na tym, że po kilku tygodniach można było wydartymi z młodych łbów włosami wypychać materace dla połowy miasta. Doszło do tego, że obie, zapewne mocno nawzajem kochające się panie, przestały się zjawiać w łoży, bo im pewnie zabroniono. Nie można nieopatrznie drażnić ludu, bo łatwo było o rewolucję.
Homeryckie te boje w antraktach były jednak tylko próbą generalną do bojów rozstrzygających w tych dniach, kiedy obie śpiewaczki występowały razem w tej samej operetce. Ach, co te miłe baby wyprawiały, aby sobie nas zdobyć! Podjudzały nas uśmiechami, „robieniem oka” w naszą stronę, a my — małpy niemądre — dostawaliśmy konwulsji z rozczulenia i z entuzjazmu i każdy wył, jak obdzierany ze skóry, na cześć swego bóstwa. Właściwie to ja nie rozumiem, jak uczciwi ludzie mogli w tym teatrze wytrzymać; nie każdy wiedział, że między sceną a galerią snuje się głęboka tajemnica, więc się musiał taki mocno dziwić temu, co się dzieje, a co dość żywo przypominało koniec świata.
Nierzadko wojna zaczęta w teatrze przenosiła się potem na schody, potem na ulicę i czasem, aby się człowiekowi lepiej spało albo żeby mógł sobie poświecić świeczkami z oczu w drodze do domu, dostał ci ten człowiek srogie uderzenie po imitacji głowy w imieniu dawnej lub też nowej


Strony: