Bezgrzeszne lata

Autor: Kornel Makuszyński

kawały i lokalizował wszystko greckie, tyrolskie, wiedeńskie czy japońskie, i przerabiał na lwowski styl, czym dusze lwowskie doprowadzał do upojenia. Oczkiem w głowie nas wszystkich była jednak primadonna. Kochaliśmy się w niej wszyscy na zabój, aktoreczka zaś była bardzo sprytna, bo znając dobrze wybuchowy temperament i niezwalczoną potęgę galerii, „trzymała” z nami stale, wywoływana po dwadzieścia razy, przesyłała nam ręką całusy, któreśmy chwytali roześmianymi oczyma. Biada teatrowi, który by chciał jej wyrządzić krzywdę; teatr o tym prawdopodobnie ani myślał, ale na wszelki wypadek wiedzieliśmy jedno, że gdyby tak było; to zawalimy galerię. Aktorce tej służyło uczciwie i poczciwie kilkaset serc, pełnych rzewnej dla niej miłości; entuzjazm nasz dostawał czasem nagłego pomieszania zmysłów, ponieważ jednak kochaliśmy się wszyscy bez wyjątku, więc zespoleni uczuciem tej straszliwej miłości, dawaliśmy jej wyraz zgodny i potężnie wrzaskliwy. Jeden pracował dla drugiego, a wszyscy dla wszystkich, pracu jąć klaskaniem tak, że ręce puchły. I było dobrze.
Z uśmiechem politowania wyczytaliśmy dnia jednego, że wystąpi nowa primadonna. Trochę z politowaniem, a trochę z irytacją, wydawało się nam bowiem nieco obelżywym, ze teatr zapowiada nową primadonnę bez porozumienia się z nami. A nam po co nowa primadonna? Mamy swoją i koniec. I jeśli ta nowa, pewnie jeszcze zielona, zechce tamtej „naszej” robić jakie wstręty, to lepiej, aby się była nie rodziła.
W wielkim podnieceniu zatłoczyliśmy galerię owego wieczora, kiedy się rodziła nowa primadonna. W powietrzu była elektryczność, a źli chłopcy, krzywdy cudzej niepomni, mieli tylko jedno tajone pragnienie, aby się ta nowa „sypnęła”.
Dech nam zaparło, kiedy się ukazała. Chude niewieście ciało z bardzo przyjemnie uśmiechniętą gębą. Tremę ma, nie daj Boże. W sercach naszych, w gruncie


Strony: