Bezgrzeszne lata

Autor: Kornel Makuszyński

książki. Ja siadywałem mu wtedy na czole albo na oczach, albo na jego ramieniu i po obsadce pióra spływałem na papier. On się uśmiechał i piórem rozprowadzał mnie po białych karteczkach. Jak to on się nazywał? Aha! Edmund Amicis... Tak, tak się nazywał.
— Amicis!... I on cię kochał?
— Bardzo!
— I to ty pisałeś z nim te książki?
— Ja nie, ja nie umiem. Ja tylko czyniłem jasność dookoła albo ich zmęczone i smutne oczy ocierałem łagodnie, aby nie było na nich smutnego spojrzenia. Nie potrzeba przecie, aby wszyscy byli smutni i pełni goryczy. Pewnie że tacy muszą być, co się gryzą w sercach, bo muszą walczyć z tym, co jest dla nich najstraszniejsze, z czarną nocą. To są niezmiernie wielcy ludzie. Wszyscy jednak tacy być nie mogą. Więcej potrzeba takich, co nauczają słodkiej miłości, co w dłonie umieją nabrać blasku, jak różanej wody, i niosą potem to złoto cudowne, i rozdzielają między najbiedniejszych. Ludzie są jak ta wynędzniała, zziębnięta i ślepa dziewczynka, której ja darowałem wielki dla niej skarb — uśmiech. Trzeba ich pocieszyć i ogrzać serca. Czy przyznajesz mi słuszność?
— Zastanowię się...
— I już mnie nie odpędzasz?
— Prawdę mówiąc, to jesteś stworzeniem wcale miłym i zabawnym. Więc tak bardzo nie znosisz goryczy?
— Umieram, gdy się znajdę w jej pobliżu.
— Łatwo tedy możesz umrzeć, gdyż moje serce jest pełne goryczy.
— Nie! ja przecież widzę twoje serce.
— Och! i myślisz, że kłamię?
— Nie kłamiesz, lecz się łudzisz. Twoje serce jest pełne miłości.
— Ach, banialuki!...
— Nie! to prawda. Spójrz w swoje serce. Patrzysz?
— Patrzę...
— Oto jest pełne miłości dla nieszczęśliwych. Rozrzewnione jest i smutne, ale dobrym, łaskawym smutkiem, że jest takie biedne, ciche i pokorne i nie może niedoli ludzkiej dać


Strony: