Bezgrzeszne lata

Autor: Kornel Makuszyński

reżysery; dyrektory, wszyscy razem wymyślali takie „konieczne” zmiany w wierszach libretta, żeby Jeromin miał jak najwięcej tych erów. My wiedzieliśmy o tym, bo — jak się rzekło — w teatrze nie mógł bez naszej wiadomości zdechnąć stary szczur. Toteż naród słuchał z namaszczeniem, a my z radością, jak królewski bas grzmiał: „Oreterudo, Feredyryka ceóro i ty szlachetny hereaboo Teleramund!” Oj, skonam! Ja już tego nie pamiętam, ale przesadny ten śpiewak, którego pogodna dusza w wesołym była nastroju, jak to zwykłe na aktorskie imieniny, lepszą raz urządził awanturę. Marcel w Hugonotach wchodzą na scenie z aria, która ma w refrenie ciągłe i grzmiące słowa: „Pif! Paf!” Wchodzi Jeromin na scenę i krzyka: — Pif! paf! — Pif! paf! — podpowiada sufler do drugiej zwrotki.
Bas spojrzał wesoło na suflera, zmierzył się z ręki i zastrzelił go z okrzykiem: „pif! paf!” — potem patrzy na skutek strzału i nie śpiewa. Przerażony dyrygent uderza pałeczką w pulpit. Bas z potężnym okrzykiem: „pif! paf!” — zastrzelił dyrygenta. Potem zastrzelił inspicjenta za kulisami, który rwał sobie włosy z głowy z rozpaczy, i zastrzelił reżysera, wreszcie najgrubszą zwierzynę, dyrektora, który blady wypadł za kulisy.
Kiedy same trupy leżały dokoła, spuszczono kurtynę, za którą jeszcze brzmiało wspaniałe: „pif! paf!”
Jakżeż nie kochać takiego serdecznego i wesołego basa! Toteż gdy śpiewał w Lohengrinie, galeria mruczała ku niemu życzliwie i najrzęsistrze oklaski były dla niego. Nie były to oklaski do pogardzenia; jak wszędzie na uczciwym świecie, tak i we Lwowie serce teatru mieszkało na galerii, wśród wolnych duchów i niezależnych ludzi, w tropikalnej temperaturze, bo tam się święty zapał gniótł w ścisku i pocił. Zbyt wiele trudów kosztowało nas dostanie się pod pułap teatru, byśmy mieli lekceważyć sąd nasz i zdanie. Tam, na dole, w


Strony: