Bezgrzeszne lata

Autor: Kornel Makuszyński

lata...
Taka historia, najprawdziwsza zresztą w świecie, mogła się zdarzyć tylko we Lwowie. W ogóle wzruszające historie mogą się zdarzyć w tym mieście.
Tak tam kochają muzykę i śpiew, tak tam wielbią poezję; jest to jedyne zresztą polskie miasto, gdzie śpiewa ulica, gdzie przedmieście tworzy sobie ballady bohaterskie i gdzie się człowiek do człowieka uśmiecha. A teraz, kto łaskaw, niech się śmieję z lwowskiego „ta joj”!
Cóż dziwnego, że i nas, żaków zwariowanych, dotknął obłęd muzyczny.
Mieliśmy swoje ukocham opery, na pierwszym zaś miejscu stał Lohengrin, Myślę, że mniej z powodu Wagnera, lecz że większą rolę grał w tym wyróżnieniu łabędź (jak żywy!), pojedynki, awantury. Muzyka także doprowadzała nas do ekstazy, trzeba przyznać sprawiedliwie.
Lohengrina Śpiewał w tym czasie Bandrowski, a wiadomo, że go śpiewał jak archanioł, wybijając potężnie każde ę i ą, co pewnie na Monsalvacie było oznaką najlepszego tonu. My jednak, starzy bywalcy, nie mieliśmy wiele czasu na zachwyty nad rycerzem z łabędziem bo z Lohengrinem mieliśmy inne zmartwienia, wcale wesołe, zdarzało się bowiem, że nieraz już w pierwszym akcie burżuazyjny parter zadzierał łysą głowę i ze zgorszeniem patrzył, co się dzieje na galerii, która się „zataczała” ze śmiechu, niby dyskretnie, a jednak na całe gardło. Parter mógł się dziwie, bo ci, co chodzili do teatru raz na pół roku i siedzieli teraz na parterze, nie mogli wiedzieć, co się dzieje tajemniczego na scenie, a o czym myśmy wiedzieli bo my wiedzieliśmy wszystko.
Króla Henryka śpiewał warszawski bas, Julian Jeromin, jeden z najzacniejszych ludzi, jacy kiedykolwiek śpiewali w teatrze. Miał on w śpiewie tego rodzaju wymowę, że po każdym r musiał dodać e, czasem zaś, me chcąc tej nieszczęsnej spółgłoski zostawić samotnej, dodawał to e przed nią. Toteż aktory, śpiewaki,


Strony: