Bezgrzeszne lata

Autor: Kornel Makuszyński

mieścił się dramat, opera i operetka, więc kiedy nas dramat napełnił gorączką i umęczył nam serca, lała się na nie opera, jak balsam, albo nas głupawym śmiechem leczyła operetka. I ten dział, grany i śpiewany, znaliśmy na wylot.
Opera była wspaniała i miała doskonałych śpiewaków, którzy w większej części dziś już w niebie śpiewają Panu Bogu. Lwów jest miastem cudownie muzykalnym i rodził śliczne głosy, jak desacz grzyby. Rozłaziło się to potem po świecie, po Amerykach i Australiach, ale każdy z wielkich śpiewaków najchętniej śpiewał jednak we Lwowie, bo było warto. Takich oklasków zwariowanych nikt nie wygrzmi, jak lwowska publiczność. Stary mój kompan lwowski, Adam Didur, cudem wynaleziony na jakimś lwowskim poddaszu, nigdy nie pominie Lwowa i tam zawsze śpiewa najpiękniej.
Ma za co być wdzięcznym temu miastu. Bo to było tak:
Po jednym występie Didura we Lwowie tuż przed wojną jestem z nim w restauracyjnej sali, gdzie ja ciągnę wino z butelki, a on wyciąga z gardła ślicznym falsetem jakieś nadobne arie z me znanej mi opery: wtem wchodzi do sali jaki skromny, starszy pan i zdąża ku nam. Didur się zrywa, rzuca się w stronę siwego pana i na powitanie ściska go czule i całuje w rękę.
— Czy to ojciec? — pytam potem.
— Nie, to nie ojciec — mówi wzruszonym głosem Didur — to więcej niż ojciec.
I opowiada.
— Kiedy byłem mizernym studentem, ślęcząc nad książką, oszukiwałem głód śpiewaniem. Aż tu raz puka ktoś do mnie. To był mój sąsiad z poddasza, straszny amator śpiewu, biedaczyna, mały urzędnik kolejowy. Prosi mnie, abym śpiewał. Śpiewam. Wtedy on mówi: — Musisz, chłopcze, jechać do Włoch, bo masz śliczny głos! — Za co? — Ja się wystaram! — I wystarał się; sprzedał, co miał, pożyczył, gdzie mógł, i wysłał mnie do Włoch. Lata całe biedował, zanim mi się poszczęściło... Całe


Strony: