Bezgrzeszne lata

Autor: Kornel Makuszyński

pootwierał serca jak poczwarki i z serc wyleciały motyle pożądań rzeczy czystych, motyle pragnień rzeczy idealnych, poezji i rymów miłości. Dusze w nas były wiotkie, nędzne, blade, od lada podmuchu słaniające się. Kiedy jednak Cyrano spojrzał na nas ze sceny, mężnieliśmy, wypinaliśmy piersi i patrzyliśmy groźnie.
Ostatnim wyrzutkiem był wśród nas ten, co nie umiał Cyrana na pamięć. Ja do dziś wiersz, w którymkolwiek miejscu zaczęty, będę mówił dalej; Ba! Chmieliński, grający Cyrana jak dwudziestu aniołów, miał takie nieszczęśliwe miejsce, w którym się zawsze mylił. Zdarza się często, że gdy aktor aa premierze pomiesza ze sobą słowa i nie może z nich wybrnąć, to na każdym następnym przedstawieniu z samego strachu, że się może znów zaplątać, myli się w istocie. Znaliśmy tę piętę u Chmielińskiego i z poczciwym uśmiechem Ba ustach szeptaliśmy te dwa wiersze „o kurcie bawolej” — bez pomyłki.
Byłem na Cyranie dwadzieścia cztery razy, z tego prostego powodu tylko tyle razy, bo go więcej nie grano. Uwielbieniem swoim dla tej sztuki wzruszyliśmy już na stałe kontrolera teatru, bo nas wpuszczano na galerię jakoś dziwnie łatwo. W teatrze zrozumieli zapewne, że jesteśmy pożyteczni, takiej klaki bowiem, szczerze zachwyconej, nie mógł nikt kupić za najdroższe pieniądze.
Nasze miłosne szaleństwo do dramatu było wyczerpującym, niełatwo to bowiem dzień w dzień powtórzyć z aktorami szeptem kilka tysięcy wierszy, strachać się o aktora niedysponowanego albo o źle przygotowanego zastępcę. Wiele z tym mieliśmy zmartwienia i wiele nas to kosztowało zdrowia, choć na ogół byliśmy z kierownictwa teatru dość zadowoleni i dlatego łaskawie odwiedzaliśmy go codziennie. Za ciężką jednak pracę, która ssała nasze dusze, należało się nam wytchnienie, które znajdowaliśmy, łatwo zresztą, w tym samym teatrze. Na tej samej scenie gmachu Skarbkowskiego


Strony: