Bezgrzeszne lata

Autor: Kornel Makuszyński

wtedy padnie na kulisy, że tu zacznie mówić niby spokojnie, ba! niby śmiertelnie spokojnie, a to wszystko było udanie, podstęp diabelski, bo on tą drogą straszliwą zmierza do krzyku, którym krzyknie za chwilę śmierć, do jakiegoś „żerna” albo do beznadziejnego: o! o! o!
Jak on to mówił w Właścicielu Kuźnic:
— „Zabiję cię albo cię złamię!”
Pysznie mówił; drżeliśmy na paradyzie, jak na wielkim mrozie!
Przekładaliśmy krwawą tragedię nad wesołość. Kochaliśmy takich arcyaktorów, jak Fiszer, Feldman, Gostyńska, Jaworski, Nowacki (wszyscy umarli biedakowie najdrożsi), jak Czaplińska, Bednarzewska, jak kilku jeszcze, ale uwielbialiśmy tylko ponurą wspaniałość Żelazowskiego, Hierowskiego, Chmielińskiego. Szczególnie dla śp. Hierowskiego mieliśmy uczucie prawdziwej miłości, zmieszanej z litością i serdecznym współczuciem. Człowiek ten grał zawodowo tylko czarne charaktery, toteż nie było wieczora, aby go nie zadusili, nie zastrzelili albo nie utruli. Pewnie, że nie było to ładnie ze strony uczciwego człowieka robić takie intrygi, by Otello dusił potem Desdemonę, ale znów tak bardzo mścić się za to nie należało. Bardzo, bardzo było nam go żal!
Po okresie manii udawania Żelazowskiego zapanowała nagle, dnia jednego, mania sroższa jeszcze: „cyranizm”. Oj, to było nadzwyczajne!
Na Cyrana de Bergerac szliśmy bez wielkiego przekonania. Autor był nam nie znany, my zaś mieliśmy zaufanie do starszych firm, Szyllera, Ohneta, Sardou, ostatecznie do Hauptmanna. Kim jest ten Edmund Rostand, nikt nie wiedział. Cokolwiek mieliśmy nadziei, że coś się z niego da zrobić, sztuka bowiem miała aktów pięć. To już jest coś... Aktów dziewięć byłoby lepiej, no, ale niech już będzie pięć; Szekspira dlatego uznaliśmy za wielkiego pisarza, że człowiek po trzech godzinach tracił rachubę, ile już było odsłon, a nigdy nie wiedział, ile


Strony: