Bezgrzeszne lata
Autor: Kornel Makuszyński
nagle, nieoczekiwanie, w miejscu najmniej prawdopodobnym krzyknąć rozdzierająco, trzasnąć słowem jak petardą, jakbyś długo napełniał powietrzem balonik, aż nagle pęknie. Naprawdę wspaniale było wtedy, kiedy taki przeraźliwy, akcent padał jak kamień z jasnego nieba, nie na jakieś ważne, ciężkie, czarne, ponure lub krwawe słowo, lecz przeciwnie, na jakieś biedactwo skurczone i blade, mało znaczną sierotę słowa, na jakiś zaimek lub przysłówek. Ho! ho! to nie tak łatwo!
Kiedy Otello mówi: „Żem starcowi temu porwał córkę — prawdą jest!” — ten będzie akcentował słowo „porwał”, inny wpadnie z krzykiem akcentu w „córkę”, inny jeszcze chwyci w kleszcze głosu słowo „prawdą”. No i co to za sztuka? Żadna sztuka! Żelazowski akcentował stówko „żem!” Oto jest dopiero majster! To „żem” nigdy się nie spodziewało, że się zmieni w grzmot i w grom, że krzyknie tak, iż tynk odlatywał od powały teatru, a ludzie cofali się w pierwszym rzędzie, więc się biedactwo skryło w szeregu wielu tysięcy słów, aż przyszedł Żelazowski, spojrzał, podniósł je, rozmachnął i cisnął w teatr, jak kamień. Reszty słów tego zdania można już było nie słuchać, bo wobec tego „żerna”, straszliwego w pysze i potędze „żerna”, wszystkie słowa były blade i marły, zanim zdołały zmienić się w głos.
Przedziwnie nam to imponowało, bo było ponure i straszne. Człowiek wiedział z góry, że jak Źelazowski wchodzi na scenę, to będzie jakieś nieszczęście, więc dreszcz rodził się pod płową czupryną l biegł drogą zawiłą przez plecy aż do pięt. I tak nieodmiennie, dwadzieścia razy z kolei. Każdy z nas umiał na pamięć wielkie sceny z Otella czy Ryszarda trzeci, ale się wzruszał zawsze w tym samym miejscu, wiedząc, że tu zacznie Żelazowski niesamowicie trząść głową, wzbierając w sobie burzę wściekłości, że tu rękę wyciągnie, a blady strach
Kiedy Otello mówi: „Żem starcowi temu porwał córkę — prawdą jest!” — ten będzie akcentował słowo „porwał”, inny wpadnie z krzykiem akcentu w „córkę”, inny jeszcze chwyci w kleszcze głosu słowo „prawdą”. No i co to za sztuka? Żadna sztuka! Żelazowski akcentował stówko „żem!” Oto jest dopiero majster! To „żem” nigdy się nie spodziewało, że się zmieni w grzmot i w grom, że krzyknie tak, iż tynk odlatywał od powały teatru, a ludzie cofali się w pierwszym rzędzie, więc się biedactwo skryło w szeregu wielu tysięcy słów, aż przyszedł Żelazowski, spojrzał, podniósł je, rozmachnął i cisnął w teatr, jak kamień. Reszty słów tego zdania można już było nie słuchać, bo wobec tego „żerna”, straszliwego w pysze i potędze „żerna”, wszystkie słowa były blade i marły, zanim zdołały zmienić się w głos.
Przedziwnie nam to imponowało, bo było ponure i straszne. Człowiek wiedział z góry, że jak Źelazowski wchodzi na scenę, to będzie jakieś nieszczęście, więc dreszcz rodził się pod płową czupryną l biegł drogą zawiłą przez plecy aż do pięt. I tak nieodmiennie, dwadzieścia razy z kolei. Każdy z nas umiał na pamięć wielkie sceny z Otella czy Ryszarda trzeci, ale się wzruszał zawsze w tym samym miejscu, wiedząc, że tu zacznie Żelazowski niesamowicie trząść głową, wzbierając w sobie burzę wściekłości, że tu rękę wyciągnie, a blady strach
Strony:
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- 10
- 11
- 12
- 13
- 14
- 15
- 16
- 17
- 18
- 19
- 20
- 21
- 22
- 23
- 24
- 25
- 26
- 27
- 28
- 29
- 30
- 31
- 32
- 33
- 34
- 35
- 36
- 37
- 38
- 39
- 40
- 41
- 42
- 43
- 44
- 45
- 46
- 47
- 48
- 49
- 50
- 51
- 52
- 53
- 54
- 55
- 56
- 57
- 58
- 59
- 60
- 61
- 62
- 63
- 64
- 65
- 66
- 67
- 68
- 69
- 70
- 71
- 72
- 73
- 74
- 75
- 76
- 77
- 78
- 79
- 80
- 81
- 82
- 83
- 84
- 85
- 86
- 87
- 88
- 89
- 90
- 91
- 92
- 93
- 94
- 95
- 96
- 97
- 98
- 99
- 100
- 101
- 102
- 103
- 104
- 105
- 106
- 107
- 108
- 109
- 110
- 111
- 112
- 113
- 114
- 115
- 116
- 117
- 118
- 119
- 120
- 121
- 122
- 123
- 124
- 125
- 126
- 127
- 128
- 129
- 130
- 131
- 132
- 133
- 134
- 135
- 136
- 137
- 138
- 139
- 140
- 141
- 142
- 143
- 144
- 145