Bezgrzeszne lata

Autor: Kornel Makuszyński

świecie. Czasem się ten i ów skrzywi dzisiaj w moją stronę na temat: dlaczego z takim zbytkiem sentymentu piszę o tym lub tamtym lwowskim aktorze? Chciałbym mu rzec:
— Bo mnie bili, kiedym go uwielbiał. Bo nie jadłem śniadania i byłem głodny, aby usłyszeć, jak on mówił. Bo on mnie nauczył Szekspira i Słowackiego. Bo go kochałem. Czy mam prawo do wdzięczności?
Człowiek, który się przed chwilą krzywił w moją stronę i miał mi za złe moją wielką miłość wszystkiego, co było duszą Lwowa, uśmiecha się do mnie i szepce:
— Czyni pan jak uczciwy człowiek. Kocham pana za to!
Wtedy to było we Lwowie kilkuset Żelazowskich. Prosty rachunek: każdy z nas gadał tak jak on. Kiedy jeden młody kretyn miał powiedzieć do drugiego młodego kretyna: „Ty, Staszek! oddaj mi ołówek, bo cię kopnę!” — nigdy tego nie mówił po ludzku, tylko zawracał białkami oczu (Otello), ponuro opierał ręce o byle co (Ludwik jedenasty), trząsł przez chwilę głową jak paralityk albo jakby chciał wytrząść wodę z ucha (Franc Moor), nabierał powietrza do brzucha, po czym stamtąd je wydmuchiwał w nos i „szemrał” jakąś bardzo wysoką fistułą, a jednak ponuro, a jednak z rozpaczą w sercu, ściśle mówiąc — w nosie:
— Oddaj mi pióro, bo cię kopnę!
A drugi matoł łapał się ręką za serce, a potem nią machał długo (Uriel Acosta!) i znów „szemrał”:
— Całuj psa w nos!
Ach, to było piękne!
Naturalnie, że nie było to takie proste i łatwe, w manierze Żelazowskiego bowiem były wspaniałe niuanse, które można było wydobyć w długiej frazie, w długim różańcu rzeźbionych słów, a nie z repertuaru sztubackiego. „Prawdziwego” zaś Żelazowskiego robił ten, co potrafił mówić długo, długo, bardzo długo głosem równym, jakby bezbarwnym, szemrzącym jak woda wyciekająca z nosa, bo wszystkie dźwięki musiały być nosowe, a potem


Strony: