Bezgrzeszne lata
Autor: Kornel Makuszyński
się okazało, że nawet środki, tak na pozór niezawodne, jak więzienie prewencyjne, okazały się zupełnie śmieszne. Starzy ludzie, uśmiechając się złośliwie, zamykali cię przed siódmą godziną do jakiejś komórki albo na strychu. Ach, jakże się uśmiałem! Z komórki uwalniał cię kolega, a ze strychu przez dach podróż nie była zbyt uciążliwa, bo dom był parterowy i drabina na wypadek ognia zawsze przy nim stała. Człowieka, który chce być na Otellu i ujrzeć bohatera, co floty nieprzyjaciół palił, nie przerazi byle strych. Czyż to nie śmieszne?
Starsi ludzie nabrali tedy jakiego takiego rozsądku i machnęli na to ręką, byle ze szkoły przynieść jakie stopnie. Było to żądanie tak mizerne, że nie warto sobie było zaprzątać tym głowy. Gorzej jednak bywało z innymi sprawami. Czasem bowiem ni stąd, ni zowąd robiło się w domu piekło najbardziej piekielne, i to zawsze późno w nocy.
Wrócił człowiek z teatru, jak wąż wślizgiwał się do barłogu, zamknął oczy i marzy, marzy... Oto piękny Karol Moor wygłasza mowę płomienną i wiedzie towarzyszów swoich w Czeskie Lasy. Oto idzie z Amalią i mówi do niej słodko w galerii przodków. Oczy się kleją, ciało umiera, ale dusza jest wciąż wśród tych ludzi wspaniałych, upojona i wniebowzięta. Ho! co to jest?! To czarny Franciszek Moor, kąsany przez wściekłego psa strachu, wypada ze świecznikiem w ręku i rozdziera powietrze okropnym krzykiem: „Zdradzony! zdradzony! zdradzony!”
Coś się wali, coś drży, coś pęka w spojeniach!
Świat cały wiruje, woła, krzyczy, jęczy. Na Boga! To chyba ten świecznik Franciszka Moora tyle sieje światła, że tak jasno! Otwieram oczy i widzę jakiś Sąd Ostateczny: ‘dokoła przerażone twarze, a kucharka czyni znak krzyża. Ja stoję na środku pokoju z prześcieradłem w ręku i jeszcze krzyczę: „Zdradzony! zdradzony!”
— Zwariował! Jak Boga kocham, zwariował! —
Starsi ludzie nabrali tedy jakiego takiego rozsądku i machnęli na to ręką, byle ze szkoły przynieść jakie stopnie. Było to żądanie tak mizerne, że nie warto sobie było zaprzątać tym głowy. Gorzej jednak bywało z innymi sprawami. Czasem bowiem ni stąd, ni zowąd robiło się w domu piekło najbardziej piekielne, i to zawsze późno w nocy.
Wrócił człowiek z teatru, jak wąż wślizgiwał się do barłogu, zamknął oczy i marzy, marzy... Oto piękny Karol Moor wygłasza mowę płomienną i wiedzie towarzyszów swoich w Czeskie Lasy. Oto idzie z Amalią i mówi do niej słodko w galerii przodków. Oczy się kleją, ciało umiera, ale dusza jest wciąż wśród tych ludzi wspaniałych, upojona i wniebowzięta. Ho! co to jest?! To czarny Franciszek Moor, kąsany przez wściekłego psa strachu, wypada ze świecznikiem w ręku i rozdziera powietrze okropnym krzykiem: „Zdradzony! zdradzony! zdradzony!”
Coś się wali, coś drży, coś pęka w spojeniach!
Świat cały wiruje, woła, krzyczy, jęczy. Na Boga! To chyba ten świecznik Franciszka Moora tyle sieje światła, że tak jasno! Otwieram oczy i widzę jakiś Sąd Ostateczny: ‘dokoła przerażone twarze, a kucharka czyni znak krzyża. Ja stoję na środku pokoju z prześcieradłem w ręku i jeszcze krzyczę: „Zdradzony! zdradzony!”
— Zwariował! Jak Boga kocham, zwariował! —
Strony:
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- 10
- 11
- 12
- 13
- 14
- 15
- 16
- 17
- 18
- 19
- 20
- 21
- 22
- 23
- 24
- 25
- 26
- 27
- 28
- 29
- 30
- 31
- 32
- 33
- 34
- 35
- 36
- 37
- 38
- 39
- 40
- 41
- 42
- 43
- 44
- 45
- 46
- 47
- 48
- 49
- 50
- 51
- 52
- 53
- 54
- 55
- 56
- 57
- 58
- 59
- 60
- 61
- 62
- 63
- 64
- 65
- 66
- 67
- 68
- 69
- 70
- 71
- 72
- 73
- 74
- 75
- 76
- 77
- 78
- 79
- 80
- 81
- 82
- 83
- 84
- 85
- 86
- 87
- 88
- 89
- 90
- 91
- 92
- 93
- 94
- 95
- 96
- 97
- 98
- 99
- 100
- 101
- 102
- 103
- 104
- 105
- 106
- 107
- 108
- 109
- 110
- 111
- 112
- 113
- 114
- 115
- 116
- 117
- 118
- 119
- 120
- 121
- 122
- 123
- 124
- 125
- 126
- 127
- 128
- 129
- 130
- 131
- 132
- 133
- 134
- 135
- 136
- 137
- 138
- 139
- 140
- 141
- 142
- 143
- 144
- 145