Bezgrzeszne lata

Autor: Kornel Makuszyński

poruszany, jak owe trupy wojowników pod Kartaginą, co szły w tłoku bitewnym, bo upaść nie mogły; dodać trzeba temperaturę tego nieba, która była temperaturą piekła, a wtedy łatwo się już pojmie, że stan wcale przyzwoitego szaleństwa był w zupełności możliwy.
Ustępowało ono powoli, czasem trwało przez cały ciąg nocy pełnej widziadeł, zawsze jednak między upojeniem pobytu w teatrze i równie miłym upojeniem wspomnienia była chwila zła i ponura, wracająca nieodmiennie w tym samym czasie, kiedy się późno powracało do domu. Ha! ha! Boskie szaleństwo było nierozumiane nigdy i prześladowane zawsze. Jest to wieczysta tragedia poezji, ponura tragedia ludzi słonecznych i duchów promienistych. Na to trzeba było być z góry przygotowanym, bo oto człowiek słoneczny i duch promienisty zostawał odwracany twarzą ku ziemi, a odwrotną stroną medalu ku powale i walono ducha promienistego trzcinką dotkliwie i boleśnie. Duch zacinał zęby i chociaż powiedzieć tego nie umiał, jednak myślał podniośle: „dla ciebie, poezjo, to dla ciebie!” Nigdy mnie srożej nie pobito niż za Ryszarda III, tak, jakbym ja był temu winien, że wspaniała ta sztuka kończyła się o północy! Czy starsi ludzie są logiczni? Zaprawdę, nie! Byle nabić...
Któż jednak mógł pognębić poezję, któż mógł zakatrupić zwyczajną trzciną święty zapał? Trzeba by chyba było bić trzciną w serce, a oni bili niemądrze w najbardziej od serca oddalone okolice. Czy to mądrze? Każdy przyzna, że nie bardzo, i my byliśmy wówczas tego zdania. I cóż! Bijali nas, bijali z beznamiętną cierpliwością, aż się wreszcie zmęczyli. Ostatecznie szkoda było ubrania, bo się od tych ciągłych trzepań nieznośnie rozlatywało. Nabili nas w piątek, wobec czego poszliśmy do teatru w sobotę, nabili w sobotę, poszliśmy w niedzielę. Pytam więc: po co te awantury, te krzyki i te hałasy po nocy? Dali wreszcie spokój, kiedy


Strony: