Bezgrzeszne lata

Autor: Kornel Makuszyński

zawsze to samo, to samo piękne i szczęśliwe: jak śmiały pływak ciska się z wysokości trampoliny w błękit wody, na której dnie drugie pukli się niebo, zanurza się w niebieskiej rozkoszy fali i tylko szum wielki ma w głowie, a serce z wysiłkiem śpiewa chwałę tego szaleństwa, co się ciska w odmęt, jakby chciało stamtąd wynieść perłę albo chwilę ułudy z innego świata, z innego żywiołu, czystszego i błękitniejszego niż wszystko na świecie — tak oto ciskały się nasze dusze upojone głową na dół z tego paradyzu w błękitną rajskość poezji.
Nie było szmaty kulis, nie było odrapanego lasu ani pomarszczonej, jak stara babka, płachty nieba; nie! były pałace, na jaspisowych oparte kolumnach, był las, szumiący i szmaragdowy, i było niebo, kapiące błękitem. Była to prawda złota, promienista, prześwietlona jasnością, która ujrzawszy serca nasze małe i biedne, szczęściem niepojętym zachwycone, pochylała się jak królowa ponad nami i całowała nasze czoła. Na taką głowę spadł wtedy najsłodszy obłęd.
Wszystkie te nadobne porównania, które wypisuje stary dziś dryblas, mieściły się wtedy w treściwym jakimś słowie nieświadomego zachwytu albo li tylko w obłąkanym cokolwiek spojrzeniu, bez jednego słowa. Taki mały bałwan wyszedłszy z teatru sprawiał wrażenie pijanego: miał błędne spojrzenie i zataczał się.
Oczywiście! Siedzieć cztery godziny w niebie i potem zejść na ziemię i wracać przez błotniste wyboje do nędzy żywota i do takich jego potwornych, zbrodniczych okropności, jak zadanie rachunkowe z ułamkami, to chyba mogło przyprawić o obłęd. Dodać do tego należy podniecenie i gorączkę przed dostaniem się na paradyz; dodać trzeba pozycję oszalałą, czasem bowiem wisiało się w powietrzu, nie dotykając nogami ziemi, tak cię bowiem tłok ludzki wysadził w górę, jak korek z butelki, tak trwałeś żywy, a jednak umarły, obcą przemocą


Strony: