Bezgrzeszne lata

Autor: Kornel Makuszyński

budziła w nas zachwytu. Owszem, raz pójść — na premierę, to nawet należało do dobrego tonu, ale nigdy więcej. Było to tym łatwiejsze, że oryginalne arcydzieło z małymi wyjątkami zaczynało kaszlać na premierze, nazajutrz było bardzo chore, a trzeciego dnia zazwyczaj umierało. Chociaż więc czasem chcieliśmy z duszy i z serca otoczyć opieką jakąś sztukę i uprzejmie ofiarowaliśmy jej naszą protekcję, umierała ona jednak, co nas wprawdzie napełniało zmartwieniem, lecz nie na długo, gdyż z sumieniem byliśmy w zupełnym porządku. Ocalał w tych dniach Tamten Zapolskiej (która się nazywała wtedy Maskoffem), bo grał w nim Kamiński i straszliwe się w tej sztuce odbywały historie z żandarmami, co było niezawodne jako powód do powodzenia. Zbyt jednak mieliśmy smak wyrobiony, aby nas można było podejść — nas i nasze serca — krwawą ramotą, rozjęczaną i zapłakaną. Nie! to nie to! Coś w tym jest pewnie, ale to nie to. To się może w nocy przyśnie głowie, ale serce będzie spało kamiennym snem, pochrapując ze zbytku zdrowia i ze zbytniej ilości powietrza w łakomych płucach, żarłocznie tlen pożerających.
Zbójcy Szyllera — ba! to mi jest sztuka. Boże ty mój! A potem Cyrano de Bergerac, a Kordian — Jezus, Maria! A Zemsta, a Śluby panieńskie!. O, rany!
Co tu wiele gadać? Myśmy wiedzieli, gdzie mieszka poezja; toteż wdzieraliśmy się na złamanie karku, na złamanie kilku nóg i rąk na ten wyż, na ten szczyt góry Horeb, skąd widać ziemię obiecaną i złote słońce, rodzące bez wysiłku grona wielkości ludzkiej głowy — na paradyz. Kiedyś stamtąd spojrzał jastrzębim okiem, toś widział w dole, w wąwozie sceny, dolinę rajską, dwadzieścia kilka kroków raju, kwiaty rozkwitłe purpurą, światłość słoneczną (idiota mógł tylko twierdzić, że to elektryczność!). Dusza patrzyła przez moment olśniona, zachwyconym wzrokiem, po czym nieodmiennie działo się


Strony: