Bezgrzeszne lata

Autor: Kornel Makuszyński

klasa! Ten, co się na malarza uczy, to najgorszy. Jego się nawet policjant boi!
Na malarza się uczy? Na skrzypka? To co innego, ale czemu taki bęcwał od razu tego nie powie? Zaraz bym wiedział, że z takimi lepiej nie zadzierać. Pretensje moje upadły od razu, bo widocznie w tych zbójcach przeczułem serdecznych później przyjaciół... Czekałem potem miesiącami, kto później wpadnie w tę jamę lwów? Chciałem mieć satysfakcję...
Tymczasem zaś, jako człowiek biegły, patrzyłem i słuchałem, a dusza moja wytrzeszczała sto par oczu.
A o tym później... W tej chwili marzę...
Rozdział piąty
O obłędzie metodycznym

Nawet stół, na którym co dnia przez wiele lat stawiają potrawy, potrafi wreszcie rozróżnić kotlet wieprzowy od rozgotowanej cielęciny; nawet baran doświadczony odróżni oset od słonej trawy; ba, nawet kobieta po wielu latach rozumowania odróżnia kapelusz od dzieła filozoficznego. Nic więc dziwnego, że bystre chłopaki przejrzały wielką tajemnicę teatru i „rozumiały się na nim” niemal jak na tajemnicach szkoły, wiadomo zaś, że łatwiejsze jest zbadanie lasów w Afryce Środkowej niż spenetrowanie wszystkich zawiłych ścieżek i tajemnych labiryntów szkoły, nie ze strony jej uczonej, tylko z tej słonecznej, gdzie hasa i bryka młoda dusza.
Znaliśmy się na teatrze tak przenikliwie, jak dziś żak zna się na kinematografie i potrafi z samego tytułu i z wystawionych u wejścia fotografii orzec nieomylnie, czy obraz jest naprawdę zajmującym, czy jest tylko haniebnym szwindlem, sprytnie się reklamującym. Na byle co nikt nas nie potrafił „nabrać” i choćby dyrektor teatru, który zapewne mało dbał o taką tłustą jak my publiczność, nie wiadomo jakie czynił cuda, aby przemycić sztukę nie wedle naszego gustu, bardzo się zawsze musiał sparzyć, bo myśmy wiedzieli, cośmy wiedzieli.
O, boleści! Swojska twórczość nie


Strony: