Bezgrzeszne lata
Autor: Kornel Makuszyński
mnie podważyć kędyś spod spodu, zwiększając jakoś sztucznie rozstęp moich nóg. Ku przerażonemu ich zdumieniu opuszczam to miejsce i jak Kolumb — jajko stawiający, zmierzam ku tej królewskiej loży, gdzie sobie stawam najspokojniej.
Widzę, że cała galeria patrzy na mnie z podziwem... Nie! jakoś nie z podziwem, tylko trochę inaczej, wesoło raczej, a bodaj, że kpiąco. Wiadomo, że na galerii bywa hołota. Jestem jednak dziwnie w sercu niespokojny, coś przeczuwam i coś mnie trwoży.
O, rzezimieszki, o, niegodni!
Czuję, jak mnie ktoś mocno chwyta za kołnierz mundurka, wobec czego, jak tonący chwyta się belki, tak ja się chwytam rękoma śmiertelnym, okropnym wysiłkiem balustrady. I słyszę głos:
— Ta ty tu czego?
Widzę kątem oczu gębę napastnika, czerwoną z gniewu.
— Ta co jest? — krzyknąłem.
Nadmieniam, że w chwilach podniecenia używam zawsze prawidłowej wymowy lwowskiej z owym „ta”, krzepiącym, groźnym, wspaniałym, bujnym, wielomownym, wszystko oznaczającym. W normalnym stanie umysłu wyrażam się nieprawidłowo.
Wtem się zjawia jakiś drugi, jakiś piąty, jakiś siódmy. Już rozumiem, to wszedłem do loży „abonowanej” przez tych zbójców.
— Nie pójdę! — drę się w obłąkanej rozpaczy, bo i cóż ja zrobię, sierota? Gdzie się podzieję w tej chwili tam, gdzie nie można wetknąć szpilki? Gorzej! Rozpacz moja zdaje sobie z tego sprawę, że jeśli narobię wrzasku, to mnie gotowi zapytać o bilet, bo wszędzie mogą się znaleźć źli ludzie. A wtedy teatr się zawali. Kilka par rąk podniosło mnie lekko i jak piórko poleciałem w przestrzeń. Zrobiło mi się ciemno w oczach, bo nade mną huknął śmiech całej galerii.
Kolega mi potem wytłumaczył.
— Ta ty wariat, ta po coś tam lazł? Oni już wszystkich nabili, kto tylko próbował. Ta to jeden, co się uczy na malarza, a jeden na skrzypka. To siódma
Widzę, że cała galeria patrzy na mnie z podziwem... Nie! jakoś nie z podziwem, tylko trochę inaczej, wesoło raczej, a bodaj, że kpiąco. Wiadomo, że na galerii bywa hołota. Jestem jednak dziwnie w sercu niespokojny, coś przeczuwam i coś mnie trwoży.
O, rzezimieszki, o, niegodni!
Czuję, jak mnie ktoś mocno chwyta za kołnierz mundurka, wobec czego, jak tonący chwyta się belki, tak ja się chwytam rękoma śmiertelnym, okropnym wysiłkiem balustrady. I słyszę głos:
— Ta ty tu czego?
Widzę kątem oczu gębę napastnika, czerwoną z gniewu.
— Ta co jest? — krzyknąłem.
Nadmieniam, że w chwilach podniecenia używam zawsze prawidłowej wymowy lwowskiej z owym „ta”, krzepiącym, groźnym, wspaniałym, bujnym, wielomownym, wszystko oznaczającym. W normalnym stanie umysłu wyrażam się nieprawidłowo.
Wtem się zjawia jakiś drugi, jakiś piąty, jakiś siódmy. Już rozumiem, to wszedłem do loży „abonowanej” przez tych zbójców.
— Nie pójdę! — drę się w obłąkanej rozpaczy, bo i cóż ja zrobię, sierota? Gdzie się podzieję w tej chwili tam, gdzie nie można wetknąć szpilki? Gorzej! Rozpacz moja zdaje sobie z tego sprawę, że jeśli narobię wrzasku, to mnie gotowi zapytać o bilet, bo wszędzie mogą się znaleźć źli ludzie. A wtedy teatr się zawali. Kilka par rąk podniosło mnie lekko i jak piórko poleciałem w przestrzeń. Zrobiło mi się ciemno w oczach, bo nade mną huknął śmiech całej galerii.
Kolega mi potem wytłumaczył.
— Ta ty wariat, ta po coś tam lazł? Oni już wszystkich nabili, kto tylko próbował. Ta to jeden, co się uczy na malarza, a jeden na skrzypka. To siódma
Strony:
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- 10
- 11
- 12
- 13
- 14
- 15
- 16
- 17
- 18
- 19
- 20
- 21
- 22
- 23
- 24
- 25
- 26
- 27
- 28
- 29
- 30
- 31
- 32
- 33
- 34
- 35
- 36
- 37
- 38
- 39
- 40
- 41
- 42
- 43
- 44
- 45
- 46
- 47
- 48
- 49
- 50
- 51
- 52
- 53
- 54
- 55
- 56
- 57
- 58
- 59
- 60
- 61
- 62
- 63
- 64
- 65
- 66
- 67
- 68
- 69
- 70
- 71
- 72
- 73
- 74
- 75
- 76
- 77
- 78
- 79
- 80
- 81
- 82
- 83
- 84
- 85
- 86
- 87
- 88
- 89
- 90
- 91
- 92
- 93
- 94
- 95
- 96
- 97
- 98
- 99
- 100
- 101
- 102
- 103
- 104
- 105
- 106
- 107
- 108
- 109
- 110
- 111
- 112
- 113
- 114
- 115
- 116
- 117
- 118
- 119
- 120
- 121
- 122
- 123
- 124
- 125
- 126
- 127
- 128
- 129
- 130
- 131
- 132
- 133
- 134
- 135
- 136
- 137
- 138
- 139
- 140
- 141
- 142
- 143
- 144
- 145