Bezgrzeszne lata
Autor: Kornel Makuszyński
gnało przez ciemne jak życie i przez zawiłe jak życie schody do szczęśliwości niebieskiej, oświetlonej elektrycznością.
O, ciało moje znękane, w srogich zahartowane bojach!
O, żebra, dziko gniecione i trzeszczące!
O, kolana, o łokcie, o głowo ty moja nieszczęsna! Szczęście należy do śmiałych, do śmigłych i do szybkich, toteż serce się podrywało we mnie jak ptak, przymykałem oczy i gnałem jak człowiek, co ucieka przed śmiercią. Jedno piętro, już drugie, na Boga! — ostatniego dobywam tchu, już czuję poza sobą gorące oddechy, tupot straszliwy i szaleństwo, jak Mowgli, kiedy go goniły rude psy z Dekanu — ha! — oto jestem, oto jestem... Wiem, gdzie jest najlepsze miejsce, w jednym kącie, zamkniętym barierą, skąd nikogo już wyruszyć nie można, jak z ostępu — jeszcze dwa jelenie susy, wywalam język jak ogar po śmiertelnej gonitwie i dyszę, dyszę, dyszę... Już mnie nic nie obchodzi. Patrzę obojętnie, jak mniej ścigli walą się w splątanym tłoku, jak się drą za czupryny, przytrzymują za kurtki, podstawiają sobie nogi, uderzają głową w brzuchy bliźnie, jak się kurczowo chwytają drewnianej bariery, skąd ustąpią dopiero za cztery godziny.
Oto szczęście, oto zdobycz wspaniała! Przedstawienie pod zdechłym psem wyda ci się najpiękniejszym na świecie...
Lecz cóż to?! Wszędzie tłok, rwetes, ścisk, wszędzie Dolina Jozafata, a w jednym rogu galerii jest wzniesienie, jakby loża, w której się kilka wygodnie pomieścić może osób i tam nie ma nikogo? Co to znaczy? Czemu się biją dokoła, a tam się nikt nie kwapi.
Ha! ha! Niech spróbuje! Ja także raz chciałem być taki mądry.
Zdumiałem się, że wszyscy na galerii oślepli i nikt nie widzi tej cudownej oazy. Opuszczam więc miejsce, śmiertelnym wysiłkiem zdobyte, ale niezbyt wygodne, miałem bowiem dwóch teatromanów na plecach, a jednego na ramionach, czwarty zaś usiłował
O, ciało moje znękane, w srogich zahartowane bojach!
O, żebra, dziko gniecione i trzeszczące!
O, kolana, o łokcie, o głowo ty moja nieszczęsna! Szczęście należy do śmiałych, do śmigłych i do szybkich, toteż serce się podrywało we mnie jak ptak, przymykałem oczy i gnałem jak człowiek, co ucieka przed śmiercią. Jedno piętro, już drugie, na Boga! — ostatniego dobywam tchu, już czuję poza sobą gorące oddechy, tupot straszliwy i szaleństwo, jak Mowgli, kiedy go goniły rude psy z Dekanu — ha! — oto jestem, oto jestem... Wiem, gdzie jest najlepsze miejsce, w jednym kącie, zamkniętym barierą, skąd nikogo już wyruszyć nie można, jak z ostępu — jeszcze dwa jelenie susy, wywalam język jak ogar po śmiertelnej gonitwie i dyszę, dyszę, dyszę... Już mnie nic nie obchodzi. Patrzę obojętnie, jak mniej ścigli walą się w splątanym tłoku, jak się drą za czupryny, przytrzymują za kurtki, podstawiają sobie nogi, uderzają głową w brzuchy bliźnie, jak się kurczowo chwytają drewnianej bariery, skąd ustąpią dopiero za cztery godziny.
Oto szczęście, oto zdobycz wspaniała! Przedstawienie pod zdechłym psem wyda ci się najpiękniejszym na świecie...
Lecz cóż to?! Wszędzie tłok, rwetes, ścisk, wszędzie Dolina Jozafata, a w jednym rogu galerii jest wzniesienie, jakby loża, w której się kilka wygodnie pomieścić może osób i tam nie ma nikogo? Co to znaczy? Czemu się biją dokoła, a tam się nikt nie kwapi.
Ha! ha! Niech spróbuje! Ja także raz chciałem być taki mądry.
Zdumiałem się, że wszyscy na galerii oślepli i nikt nie widzi tej cudownej oazy. Opuszczam więc miejsce, śmiertelnym wysiłkiem zdobyte, ale niezbyt wygodne, miałem bowiem dwóch teatromanów na plecach, a jednego na ramionach, czwarty zaś usiłował
Strony:
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- 10
- 11
- 12
- 13
- 14
- 15
- 16
- 17
- 18
- 19
- 20
- 21
- 22
- 23
- 24
- 25
- 26
- 27
- 28
- 29
- 30
- 31
- 32
- 33
- 34
- 35
- 36
- 37
- 38
- 39
- 40
- 41
- 42
- 43
- 44
- 45
- 46
- 47
- 48
- 49
- 50
- 51
- 52
- 53
- 54
- 55
- 56
- 57
- 58
- 59
- 60
- 61
- 62
- 63
- 64
- 65
- 66
- 67
- 68
- 69
- 70
- 71
- 72
- 73
- 74
- 75
- 76
- 77
- 78
- 79
- 80
- 81
- 82
- 83
- 84
- 85
- 86
- 87
- 88
- 89
- 90
- 91
- 92
- 93
- 94
- 95
- 96
- 97
- 98
- 99
- 100
- 101
- 102
- 103
- 104
- 105
- 106
- 107
- 108
- 109
- 110
- 111
- 112
- 113
- 114
- 115
- 116
- 117
- 118
- 119
- 120
- 121
- 122
- 123
- 124
- 125
- 126
- 127
- 128
- 129
- 130
- 131
- 132
- 133
- 134
- 135
- 136
- 137
- 138
- 139
- 140
- 141
- 142
- 143
- 144
- 145