Bezgrzeszne lata

Autor: Kornel Makuszyński

ogromnej chodził ten, który po wielokroć razy umiał zwycięsko dojść aż na galerię, gdzie go otaczano szacunkiem i pełną zazdrości miłością.
Było Jeszcze kilka sposobów dostania się do teatru, bardzo jednak łatwych i zgoła się nie opłacających. Mizerny był sposób, praktykowany przez niedorajdów i niezgułów, wyczekiwania w westybulu teatru, aż ktoś znudzony wyjdzie po drugim akcie i da bilet smarkaczowi, żałośnie patrzącemu. To nie był sposób honorowy.
Ładniejszym był „sposób wzruszający”. Kiedy nie było wielkiego tłoku, można było ryzykować „prośbę o łaskę” do najwyższej instancji teatralnego przedsionka, do wielkiej władzy. Był nią kontroler teatru. Dobry ten, po stokroć dobry człowiek nazywał się Ringler. Wiedział on doskonale, jakich dokazujemy sztuk nieprawdopodobnych, aby zwyciężyć, i patrzył na to przez palce. Znał doskonale nasze małpie gęby i czasem burknął:
— Znowuś tutaj? Dwudziesty raz na Cyrana?
Musiał Jednak mieć słabość do tych maniaków z wytartymi łokciami mundurków. Niech mu Pan Bóg da wolny fotel w niebie...
Przychodzi się więc do niego z drżeniem łydek i ze słowami boleści:
— Proszę pana, ja jeszcze nie byłem na tym!
— Byłeś, kłamiesz!
— Jak Boga mego kocham, to ten był, ja nie, bo byłem chory...
Wtedy dostawało się łagodnie po łbie i poczciwy człowiek pozwolił wpuścić małego bałwana na galerię.
Jeśli jednak myśli kto, że po przejściu przez drzwi zaczarowane kończyły się wszelkie udręki entuzjasty, ten źle myśli i nie może być uznany za wybitnego znawcę teatru dawnego autoramentu. Gdzież tam! To był dopiero trudny początek utrapień, czasem nierównie trudniejszych. Dotąd działał podstęp, teraz zaczyna się walka. Kiedy przeszedłeś szczęśliwie Scyllę i Charybdę, porywał cię wzburzony nurt; trzystu albo i więcej szybkonogich jelonków


Strony: