Bezgrzeszne lata

Autor: Kornel Makuszyński

traktatu, po takim zdradzieckim przedarciu paktu jak świstka papieru, po naradzie burzliwej i groźnej, odmieniliśmy porządek rzeczy. Stanął układ nowy, zabezpieczający nasze tyły: odtąd sześciu wlatywało na schody pędem błyskawicy, a dopiero siódmy wsunął mu haracz w plugawą dłoń. To już było praktyczniejsze.
Nie zapomnieliśmy jednak o naszej krzywdzie, bo się w nas serca krwawiły, żeśmy się dali podejść tak łatwo, odsunęliśmy jednak zemstę na czas bezpieczny, na ostatni dzień przed zamknięciem sezonu. Stanęła ugoda, że nas pójdzie do teatru nie siedmiu, lecz wyjątkowo ośmiu i dopiero ósmy zapłaci całą koronę. Dobrze! Rzezimieszek odliczył siedmiu, którzy pognali w cwał, a ten ósmy, jakiś obcy człowiek, Bogu ducha winny, jeszcze uczciwy, nas wcale nie znający, podaje mu autentyczny bilet. No, i kto dowcipniejszy?
Sposobem wątpliwym było podanie z pewną siebie miną bileterowi w zgiełku i ścisku starego biletu sprzed kilku dni; był to sposób praktykowany rzadko, jedynie w niedziele i święta lub na przedstawienia sensacyjne, kiedy był niezwykły tłok i pod drzwiami na galerię panowało nadprogramowe podniecenie.
Ryzykownym, ale pięknym ze względu na dreszcz niebezpieczeństwa, było umiejętne prześlizgnięcie się w tłoku bez żadnych innych sposobów; wymagało to wprawy niesamowitej człowieka–węża, odwagi i rezygnacji na wypadek przyłapania; zdarzyło się czasem, że takiego śmiałka, godnego zresztą podziwu, goniono aż do połowy schodów i wtedy podróż z powrotem odbywała się z szybkością nadnaturalną, połączoną z małym zresztą niebezpieczeństwem wybicia sobie dwóch przednich zębów, straszliwa bowiem, do nieba wiodąca drabina schodów nie była oświetlona. Nie szło o takie drobiazgi, jak dwa zęby, bo to tani towar w młodości, lecz o sławę mołojecką. Jak bowiem pieśni śpiewano o Kozaku, co przepływa w czajce Nienasytca, tak w sławie


Strony: